Dziś 68 rocznica powstania ZSL. Nie istniała żadna realna alternatywa wobec powstania tej formacji.

Na wstępie kilka słów wyjaśnienia przyczyn, które legły u podstaw napisania tego artykułu. Kilku mym wcześniejszym felietonom dotyczącym historycznych faktów związanych z Ruchem Ludowym, zawsze towarzyszyła pewna liczba negatywnych komentarzy. W swej lakoniczności i wymowie wywoływały one u mnie zdziwienie a nawet uśmiech. Postanowiłem wiec dokonać pewnego podsumowania i rozliczenia tego okresu, który wielu współczesnych „patriotów” tak bardzo rozpala. Dziś chciałbym przedstawić syntezę okresu, w którym jedynym przedstawicielem myśli ludowej było Zjednoczone Stronnictwo Ludowe. Jak dziś powinniśmy my, ludowcy, patrzeć na ten okres? Czy powinniśmy być z niego dumni, czy swobodnie o nim rozmawiać, czy może zachowywać się tak jakby tematu nie było? Na wstępie jednak, przewidując nieco ton komentarzy, chciałbym nadmienić, iż w roku, w którym upadał komunizm miałem 9 lat. Nie byłem, zatem ani żadnym agentem, ani PZPR-owcem, ani członkiem ZSL. Myślę, iż fakt ten może być atutem, który pozwala mi spojrzeć na ten okres z należytym dystansem. Z góry przepraszam za obszerność felietonu, jednak nie sposób w kilku słowach przeanalizować złożoność tej tematyki.

Zacznijmy od początku, od wydarzeń, które stały się genezą powstania Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Nie trzeba być wybitnym historykiem, co więcej wystarczy jedynie odrobina wiedzy i dobrej woli, aby stwierdzić, iż kluczowe dla tego, co działo się w Ruchu Ludowym, czy ogólniej w Polsce po II wojnie światowej, były trzy wydarzenia. Konferencja międzynarodowa w Teheranie (28 listopada – 1 grudnia 1943 r.), w Jałcie (4 – 11 lutego 1945 r.) i wreszcie w Poczdamie (17 lipca do 2 sierpnia 1945 r.)[1]. To tam decydowały się losy Polski, Europy i Świata. Wynikiem tych konferencji było rozciągnięcie żelaznej kurtyny i podział na dwa światy. Z jednej strony demokratyczny i wolny „świat zachodu”, z drugiej jakby w opozycji, „zniewolony świat radziecki”. Niestety Polska opuszczona przez swych niedawnych sojuszników, znalazła się w tej drugiej części. Prawda jest taka, iż we wczesnych powojennych latach, Związek Radziecki całkowicie dominował w tej części Europy. Zachód rozpostarł ogromną zasłonę milczenia nad tym, co działo się w państwach układu wschodniego. Całkiem niedawno, w jednym z artykułów przytaczałem postać Józefa Hachlicy a także opisywałem wydarzenia związane z mordem na ludowcach dokonanym przez ówczesne władze. Informacja o zabójstwie działacza stronnictwa została opublikowana w Londynie już w 1946, zatem „zachód” doskonale o nim wiedział. Czy podjął jakieś kroki? Brak reakcji najlepiej pokazuje ówczesną sytuację w Europie.

Jako ostatnia i jedyna nadzieja dla uciemiężonych Polaków, do kraju przybył historyczny prezes ludowców Stanisław Mikołajczyk. To on był tym powiewem świeżości, tą nutką optymizmu, która po raz ostatni rozpaliła Polaków. Przyjazd Mikołajczyka, pozwalał wierzyć, że nie wszystko jest stracone, że może da się zwrócić jeszcze bieg historii? Czy Stanisław Mikołajczyk miał szanse na powodzenie? Na pewno wierzył w to, że Polskę można wyrwać z obozu radzieckiego. Jednak z perspektywy czasu, widząc wspomnianą bierność państw „zachodu”, można powiedzieć, iż była to walka z wiatrakami. Przed samymi wyborami do Sejmu Ustawodawczego w 1947, władze komunistyczne powołały Państwową Komisję Bezpieczeństwa, której zadaniem miało być koordynowanie działań aparatu represji MBP, LWP, UB, MO, ORMO i KBW wobec działaczy ludowych. Aresztowano wówczas ok. 80 tysięcy lokalnych działaczy PSL, bojówki PPR i UB zamordowały skrytobójczo 200 ludowców. W sfałszowanych wyborach, Polskie Stronnictwo Ludowe otrzymało ułamek mandatów, w porównaniu do faktycznej liczby głosów oddanych na swoją listę. Państwa szeroko pojętego zachodu dalej milczały. Zrezygnowany, na statku Baltavia, Stanisław Mikołajczyk opuszcił kraj, by już nigdy do niego nie wrócić.

Tu zaczyna się opowieść o Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym. Poprzedza je wielki acz sztuczny rozłam, który dotknął ludową rodzinę. Władze komunistyczne sprytnie zastosowały zasadę „dziel i zwyciężaj”. Niestety, owa zasada nie ma nic wspólnego z algorytmami stosowanymi dziś w informatyce a noszącymi tę samą nazwę. Tu metoda polegała, na wykreowaniu nowego sztucznego środowiska ludowego, który miał podzielić działaczy ludowych. Udało się. W latach 1944–1945 część lewicujących działaczy chłopskich, powołała własne struktury partyjne, pod nazwą Stronnictwo Ludowe. Owa formacja latem 1945 skupiła do 200 tysięcy osób. Nie była to więc siła marginalna. Przywódcy obu Stronnictw Ludowych (w owym czasie istniało już Stronnictwo Ludowe, na którego czele stał Stanisław Mikołajczyk) nie doszli do porozumienia w sprawie zjednoczenia. Dnia 22 sierpnia 1945 Prezydium Krajowej Rady Narodowej wyraziło zgodę na działalność partii Stanisława Mikołajczyka, która przybrała historyczną nazwę Polskie Stronnictwo Ludowe. Większość członków SL na czele z ówczesnym przewodniczącym SL Stanisławem Bańczykiem przeszła do mikołajczy-kowskiego PSL, zaś on sam został wiceprezesem PSL. Masowa czystka, która dotknęła działaczy PSL po wyjeździe Stanisława Mikołajczyka, pokazała, że nie ma żadnych możliwości, aby Polskę „przechwycić” i przeciągnąć na stronę państw wolnego świata.

W tym miejscu, należy postawić fundamentalne pytanie. Odpowiedź na nie wymaga jednak oderwania się od ciepłych foteli, w których zasiadają współcześni krytycy ludowych działaczy. Trzeba przez chwilę wykazać się empatią i wyobrazić sobie sytuacje, w której znaleźli się działacze ruchu ludowego. Polska była opuszczona przez sojuszników, zapomina przez cały demokratyczny świat, który zupełnie nie reagował na falę politycznych morderstw przetaczającą się przez nadwiślański kraj. Jaką alternatywę mieli działacze ludowi, którzy zostali w Polsce? Prowadzić walkę zbrojną do ostatniego chłopa? Biegać z kosami po urzędach bezpieczeństwa i bić się o utopijną wówczas wizje wolnej Polski? Ile, przy takim działaniu, wsi zostałoby zniszczonych, ile ofiar, w tym momencie całkowicie bezsensownych ofiar, pochłonęłoby takie działanie? Tu dotykamy rzeczy fundamentalnych. Zjednoczone Stronnictwo Ludowe było jedyną szansą na to, aby zachować tożsamość i dziedzictwo ruchu ludowego. Nie wszyscy mieszkańcy wsi mieli ten komfort, iż mogli wyjechać do Londynu i tam zajmować się polityką i snuć wizję wolnej Polski. Sytuacja w kraju wymagała konkretnych działań. Tu należało ratować to, co się dało, ratować resztki wolności. Tu z roku na rok starać się ową namiastkę wolności poszerzać i poszerzać. Powstanie ZSL uratowało tak naprawdę setki tysięcy osób, które w przeciwnym razie podzieliłyby los pomordowanych w trakcie ubeckiej czystki. Owszem, część ludowców pozostała w opozycji do ZSL. Można tu podać przykład gen. Franciszka Kamińskiego, czy Adama Bienia. Jednak paradoksalnie właśnie dzięki powstaniu ZSL, mogli oni przeżyć. Przytoczony tu Adam Bień, w marcu 1945 roku, wraz z innymi czołowymi przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego, został podstępnie aresztowany przez NKWD i wywieziony do Moskwy, gdzie został skazany w tzw. „procesie Szesnastu” na pięć lat więzienia. Jak sam pisze w swych wspomnieniach, w sierpniu 1949 roku wrócił z moskiewskiego więzienia na Łubiance dzięki staraniom żony Zofii [2]. W sprawie męża zwróciła się ona o pomoc do „wiciarza” Józefa Niećki, w owym czasie prezesa „odrodzonego” PSL, następnie członka Rady Państwa, wreszcie prezesa Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Gdyby ludowcy, tak jak chcieliby tego przedstawiciele dzisiejszej prawicy, do ostatniego człowieka walczyli z władzą ludową, z pewnością Adam Bień do Polski by już nie wrócił. Takich przypadków było wiele. Jedynym racjonalnym wyjściem z sytuacji, było powołanie organizacji, która w ramach swych możliwości, współpracując z jedyną organizacją polityczna ówczesnej Polski, mogła próbować ocalić, to co się da. Należy tu zwrócić uwagę, iż naprawdę wiele się udało. Przede wszystkim udało się utrzymać strukturę polskiej wsi opartą w dużej mierze na małych gospodarstwach rolnych. Wcześniej, jeszcze przed powstaniem ZSL, Polscy chłopi otrzymali ziemię na własność. Odmiennie niż w innych satelickich krajach, w których stronnictw chłopskich zabrakło, kolektywizacja wsi została ograniczona do absolutnego minimum. Alternatywą dla ZSL było brak jakiejkolwiek formy pomocy dla polskiej wsi w tym trudnym okresie. Krytyków powojennych działań stronnictwa, pytam: czy mają świadomość, iż gdyby nie istnienie i działalność ZSL, polska wieś w 1989 roku wyglądałaby tak, jak wieś na Ukrainie, Białorusi, czy w Rumunii (powstała w 1926 roku Partia Narodowo-Chłopska została rozwiązanej przez komunistów w 1947 roku [3])? Czy o taką wizję wam chodzi? Czy wówczas byście byli skłonni mówić o Ruchu Ludowym pozytywnie? We wspomnianych państwach nie istniała żadna formacja chłopska, komunistyczne władze robiły co chciały z własnością, z rolnictwem. Czy tego właśnie chcielibyście dla Polski? Przed tym właśnie, opluwane dziś przez was, Zjednoczone Stronnictwo Ludowe uratowało polską wieś.

Dziś mnożone są ataki na PSL jakoby nie miało ono wspólnego mianownika z tradycja Ruchu Ludowego. Wobec krucjaty przeciw Stronnictwu ogłoszonej przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego, zupełnie nie są one dla mnie zaskoczeniem. Dziwi natomiast ich treść i forma. Oskarżenia o obecności w Polskim Stronnictwie Ludowym działaczy dawnego ZSL są wyjątkowo niemoralne. Padają one z ust osób, które równie ochoczo tolerują wśród politycznego zaplecza PiS, dawnych członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, dawnych funkcjonariuszy aparatu ucisku, prokuratorów stanu wojennego czy sędziów. To Himalaje hipokryzji. To również dowód, że atak na PSL jest li tylko polityczny i nie ma żadnego uzasadnienia w faktach historycznych. Premier Leszek Miller powiedział kiedyś, że PZPR było kuźnią talentów dla większości współczesnych partii politycznych. Miał rację. Do tej listy ugrupowań należy również Prawo i Sprawiedliwość. Zatem ataki o ZSL-owską przeszłość, są w wykonaniu członków tego ugrupowania groteskowe.

W mojej ocenie, niezależnie od PiS-owskich insynuacji, wszyscy działacze PSL mogą chodzić z podniesionymi głowami. ZSL obroniło polską wieś, przyczyniło się do jej rozwoju i modernizacji, wreszcie to decyzja Romana Malinowskiego (Prezes ZSL w 1989) umożliwiła wyłonienie pierwszego niekomunistycznego rządu w Polsce po II wojnie światowej. Obóz Solidarności nawet w połączeniu ze Stronnictwem Demokratycznym nie dysponował większością w Sejmie Kontraktowym. To dzięki ZSL powstała koalicja, która udzieliła poparcia temu rządowi. W rezultacie owa decyzja umożliwiła przeprowadzenie pierwszych całkowicie wolnych wyborów do polskiego parlamentu.

Prawdziwy historyk stoi zawsze ponad zamieszkami politycznymi swojej epoki”[4]. Mam nadzieję, iż te słowa wybitnego historyka Roberta Gravesa, wezmą sobie do serca polscy historycy i gdy już „nowo historia” PiS odejdzie do lamusa, rzetelnie ocenią dorobek Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Dla mnie młodego człowieka, który nie był członkiem ZSL, a który polityczną świadomość kształtował już w wolnej Polsce, jest oczywiste, że stronnictwo mogło wówczas istnieć w takiej formie, w jakiej istniało, lub mogło go w ogóle nie być. Podobnie zresztą jak Polska, która jak wiemy była najbardziej demokratyczna ze wszystkich państw obozu radzieckiego. Określenie to zawdzięczamy również temu, że ZSL istniało.

Bibliografia:

[1] http://polskiedzieje.pl/ii-wojna-swiatowa/konferencje-wielkiej-trojki-i-ich-konsekwencje-dla-polski-i-swiata.html

[2] Bóg wyżej – dom dalej. 1939-1949, Adam Bień, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1991

[3] Leaders of Romania (ang.). zarate.eu. [dostęp 2015-01-09].

[4] Ja, Klaudiusz”, Robert Graves, 1934.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *