Wincenty Witos, „Moje wspomnienia” – fragmenty.

Pragnę być zupełnie szczery. Zaczynając więc pisać moje wspomnienia przyznaję, że nie robię tego z własnej inicjatywy, gdyż jeszcze na długo przed moim pobytem w Brześciu, moi znajomi i przyjaciele polityczni zwracali się do mnie z często powtarzanym pytaniem, czy już pracę tę zacząłem i jak ją daleko doprowadziłem.

Niektórzy z nich żądanie swoje popierali dość dowolnym twierdzeniem, że owo spisanie pamiętników nie jest z mojej strony żadną łaską, ale prostym obowiązkiem wobec chłopów i Stronnictwa naszego, tak skrupulatnie przez wszelkie publikacje omijanych.

Nie brakło i takich, co udzielając różnych cennych rad, próbowali mnie kusić zapewnieniem, że z pracy mojej może być poważny kapitał polityczny. Jako ostatni argument podawano, że przywódcy innych stronnictw dawno to już zrobili.

Choć argumenty podobne mogą przekonać wielu polityków, szczególnie jeśli dochodzą do mojego wieku – wcale się nimi nie wzruszyłem, zbywając ciekawszych wymijającymi odpowiedziami. Opierałem się zaś i namyślałem nie dlatego, ażebym moich przyjaciół miał posądzać o delikatną próbę odstawienia mnie w cień, lecz zupełnie dla innych powodów.

Powody

Każdy rozsądny człowiek – a ja się za takiego uważam – jeżeli zamierza wykonać jakąś większą i trudną dla niego pracę, musi mieć przekonanie, że przyniesie ona choćby drobny pożytek, trafiając do tych, dla których jest w pierwszym rzędzie przeznaczona. Tego zaś obecnie nie można się w żaden sposób spodziewać, bo jeżeli coraz mniej i rzadziej,,błądzą pod strzechy” książki i myśli największych pisarzy, to jak pod nie może trafić nieudolna praca byłego wójta z Wierzchosławic, o którym tak wielu w Polsce wątpiło, czy się potrafi własnoręcznie podpisać.

Drugim, ważniejszym jeszcze powodem mojego wahania to słuszna obawa, dotycząca wykonania zamierzonej pracy i trudności w należytym ujęciu narzucających się zagadnień i wypadków zarówno wielkich, jak i skomplikowanych.

Będzie ich zaś niemało, bo przecież praca i działalność moja przez wiele lat była ściśle związana z losem wielkiego odłamu ludu polskiego, a w życiu politycznym zetknąłem się z bardzo wielu sprawami natury ogólnej, dość rzadko się zdarzającymi, gdyż przypadły one na okres zmian i przewrotów, jakich przedtem niewiele w świecie notowano. Omijać ich nie chcę ani nie mogę, a bez wstydu wyznaję, że zdolności do tego potrzebnych nie czuję.

(…)

Od bardzo wczesnej młodości brałem udział w pracy społecznej i politycznej. Zacząłem ją od wsi i gminy nie przypuszczając, że ją zakończę na niepodległym państwie polskim. Zajmowałem też stopniowo coraz wyższe i coraz więcej odpowiedzialne stanowiska, dochodząc aż do urzędu prezydenta ministrów, który mi przypadł w udziale w odrodzonej Polsce i w czasie największego dla niej niebezpieczeństwa. Nie rościłem też sobie pretensji ani do nadzwyczajnych zdolności, ani do wielkich zasług, wiedząc czemu i komu mogę zawdzięczać to moje niezwykłe, jak na chłopa, wyniesienie.

Nie domagam się też wcale uznania ani wdzięczności od nikogo. Nie przeczę także, że sukcesy mojej polityki nie są zbyt wielkie, ale na swoją obronę mogę przytoczyć wiele dowodów, z których niezbicie wynika, że w pracy mojej wcale mi różami drogi nie usłano, ale za to gęsto zasadzono ją cierniami, i to niemal wszędzie, gdzie się to tylko okazało możliwe.

Były czasy, kiedy dla jednych byłem chłopem- arystokratą, dla drugich zaś równocześnie zwyczajnym „sanguszkowskim drwalem”. A gdy jedni chcieli widzieć we mnie tylko rozbójnika-Szelę6, pragnącego pożreć żywcem szlachtę, a nawet i księży, to w tym samym czasie drudzy ogłaszali mnie uroczyście zdrajcą chłopów, księżym parobkiem i pańskim lokajem.

Kiedy jedni przypisywali mi zdolności, i to wcale nieprzeciętne, duże wyrobienie polityczne i rozum niecodzienny, inni przedstawiali mnie jako zwyczajnego tumana, który czasami zdobywa się na perfidię i lisią przebiegłość, właściwą dla ludzi tej sfery.

Wiem, że jeszcze dotąd nie brak w Polsce ludzi, którzy chcą widzieć we mnie wcielenie wszelkich cnót, rozumu i zdolności, którzy wierzą, że swoją pracą, zabiegami i postępowaniem zaoszczędziłem państwu ciężkich, a dla młodego jego organizmu niebezpiecznych wstrząsów, a może nawet i przewrotów. To wiem również, że nie brakuje i tych, co wszelkimi sposobami starają się mnie szarpać, powagę podkopywać, najgorsze zamiary mi podsuwać, obelgami traktować, oszczerstwami i paszkwilami obrzucać.

Bardzo wielu też wie, że w dużej mierze przyczyniłem się do tego, że mnogie tysiące chłopów, do niedawna ciemnych albo tylko „cesarskich”, stały się nie tylko świadomymi obywatelami państwa, ale także zdolnymi do ofiar i poświęceń dla niego, nie spodziewając się ani też żądając od niego żadnej zapłaty. Rok 1920 i wojna bolszewicka są tego chyba dostatecznym dowodem.

Nie brakowało również i takich, co długo i szeroko opowiadali o mojej rzekomo wprost chorobliwej ambicji, graniczącej z pychą, która mi nie pozwoliła na rozumne i konieczne ustępstwa, lecz popychała do walki i starań o władzę. Znaleźli się i oszczercy zarzucający mi, jakobym stanowiska urzędowego używał do celów osobistych, a nawet naruszył funduszów państwowych mojej pieczy powierzonych. Różni „państwowcy” zarzucali mi znowu na odmianę, że poza chłopami nikogo w Polsce nie widziałem, No, i tak bez końca.

(…)

Od dziecka niemal codziennie miałem przed oczyma krzywdę chłopów, i to nie tylko tę opowiadaną i wyczytaną, ale krzywdę, na którą patrzyłem. Krzywda ta, nieraz bardzo dotkliwa i jaskrawa, wywołać musiała rozgoryczenie i pragnienie zemsty, wzmagające się z dnia na dzień. Stan ten podtrzymywały i podniecały osobiste przejścia i przykrości, których obydwaj z ojcem doznawaliśmy bardzo wiele.

Nie mogłem też darować staremu proboszczowi, ks. Rybickiemu , który na kazaniach wpływał na chłopów rozbrajająco, pozostawiając Panu Bogu wszelkie sądy i prawo karania. Miałem nieraz za złe Szeli, że się ograniczył do jednej okolicy, a nie zrobił porządku ze wszystką szlachtą i panami. Te moje porywy kłóciły się znów coraz mocniej z książką i zasadami przez nią głoszonymi. W tej walce książka zwyciężała, wprowadzając moją myśl w świat szerszy i inny.

Zmiany w poglądach przynosił także wiek, doświadczenie, poczucie obowiązku i obarczanie ogólniejszą odpowiedzialnością. Sam na sobie się przekonałem, że inaczej na wiele rzeczy patrzy człowiek, który nic nie ma do stracenia, od tego, co mógłby coś stracić. Że się znacznie więcej widzi, gdy się wyjdzie wyżej, miałem się sposobność nieraz przekonać w moim życiu późniejszym.

Nigdy zaś ani na jedną chwilę nie myślałem o jakichkolwiek usługach dla klasy obszarniczej, a nie dopiero o zaprzęganiu się do rydwanu jej interesów. Mając o niej wyrobione zdanie i ustalony pogląd o jej wartości, wiedziałem, że pustym krzykiem stosunków zmienić nie potrafię i jej wiele nie zaszkodzę. Nie mogłem też być na to ślepy, że obszarnicy nie tylko że w Polsce są, ale także i pewną siłę stanowią. (Znałem ich też dość dobrze i wiedziałem, że bez walki z nimi się nie obejdzie).

Na walce z rządami obszarniczymi wyrosłem, na niej gruntowałem swoje stanowisko polityczne, walki tej ani za rozegraną, ani za ukończoną nie uważałem. Przeciwnie, stosunki wytworzone w związku z powstaniem państwa polskiego uważałem za najbardziej sprzyjające dla zwycięskiego dokonania toczącej się walki. Rzecz naturalna, że byłbym się zawsze zgodził na zaprzestanie tej walki, gdyby bez niej można było cele wytknięte osiągnąć. Tym się jednak nigdy nie łudziłem.

(…)

Z żoną Katarzyną

Walki z Kościołem ani religią nigdy nie prowadziłem, uważając to za rzecz niepotrzebną i szkodliwą. Jakiż zresztą mógłbym mieć do tego powód? Wiedziałem, że stały one na gruncie równości i prawa, że potępiały gwałt i zbrodnie, starając się prowadzić do ewangelicznej równości i sprawiedliwości, uszlachetniając człowieka i wskazując mu wielkie i wzniosłe cele. W czasach najcięższych prób były dla narodu polskiego jedyną prawie przystanią, która nie zawiodła. One dawały podstawę moralną, krzepiły upadającego, w nich znajdowali ukojenie i oparcie skołatani ludzie, z nich czerpali siłę do przetrwania. Kościół był ostoją dla języka i polskości, chroniąc je od zniszczenia w czasie barbarzyńskiej walki, jaką mu zaborcy wypowiedzieli.

Dla mas chłopskich wiara i Kościół były chlebem, bez którego masy te wprost żyć by nie mogły. One im pomagały przechodzić ciężką drogę doczesnego życia z tą pewnością niczym nie wzruszoną, że na drugim świecie będzie za to lepiej. To przekonanie robiło ich też lepszymi i wstrzymywało od wielu złych czynów. Wiem, że największą krzywdę zrobiłby masom ten, kto wyrwałby z serca ich wiarę, zostawiając przez to straszliwą pustkę.

(…)

Moja młodość. O sobie, rodzinie i wsi

Urodziłem się w miesiącu styczniu 1874 roku, z ojca Wojciecha i matki Katarzyny ze Sroków, jako najstarszy z rodzeństwa. Młodszy o cztery lata ode mnie brat Andrzej, były poseł do Sejmu polskiego, mieszka obecnie w Krasnem, miejscowości powiatu złoczowskiego, gospodarując na zakupionym tam gruncie. Najmłodszy, Jan, zmarł w Wierzchosławicach w latach dziecięcych. Natomiast ojciec posiadał bardzo liczne rodzeństwo, bo trzech braci i pięć sióstr. Ja znałem dwóch z jego braci, a to: Marcina i Macieja, siostrę zamężną – Pochroniową i dwie niezamężne – Marię i Katarzynę. Najstarszy brat jego, Stanisław, zamożny gospodarz w Rudce i dziedzic rodowego majątku, został otruty w jakichś’ tajemniczych okolicznościach. Siostra Maria zmarła w sile wieku, a Katarzyna wyjechała do Ameryki, nie dając o sobie zupełnie znaku życia. Mieszkająca w przysiółku Gosławice rodzina Witosów nie zostaje z nami w żadnym stopniu pokrewieństwa.

Miejsce urodzenia W. Witosa

Miejscem mojego urodzenia jest wioska Dwudniaki, wchodząca w skład gminy Wierzchosławice. Oprócz Dwudniaków należą do tej gminy przysiółki: Gosławice, Wola, Wieś, Trzedniaki i Szujec, nazywany także Zastawiem. Przysiółki Dwudniaki i Trzedniaki wzięły swoją nazwę od dni pańszczyzny, odrabianej co tygodnia dworowi przez jedną rodzinę włościańską.

Gmina Wierzchosławice należy administracyjnie do powiatu tarnowskiego, a łącznie z obszarem dworskim jest największą ze wszystkich gmin w powiecie. Grunta i lasy stanowiące własność obszaru dworskiego w Wierzchosławicach należały od dawna do rodziny książąt Sanguszków.

Obecnie gmina liczy około 400 domów i przeszło dwa tysiące mieszkańców. Grunta posiada rozmaitej jakości. Gdy Gosławice i Wieś mają ziemię namułową i rędzinną, Wola piaszczystą, względnie dobrą, to reszta przysiółków siedziała na gruntach mokrych, kwaśnych, koło lasu położonych, bardzo mało wydajnych. Z tego też powodu, od czasów najdawniejszych, były one pogardliwie traktowane przez kmieci z Gosławic i ze Wsi, a i sama ludność tych przysiółków uznawała się zawsze za coś gorszego i niższego. Podlesianie w ciężkim trudzie odrabiali zagony pod marchew lub kapustę u gosławskich kmieci i byli niezmiernie szczęśliwi, gdy który z nich w niedzielę przy kościele podał im dwa palce na powitanie. Zwykle bowiem unikali ich, nazywając „podleśkimi dziadami”, a głupsi-nie wiem dlaczego – „Schabami”. Jak głęboka była różnica pomiędzy jednymi i drugimi, odzwierciedla stale wówczas używane powiedze-nie: „Lepiej w Gosławicach na wierzbie, niż na Podlesiu na gruncie”.

(…)

Z żoną przed domem

W każdej wiosce były domy, w których się wieczorami bliżsi i dalsi sąsiedzi zbierali na długie pogadanki. Chodzili tam starsi i młodsi, mężczyźni i kobiety. W zadymionych, ciemnych, ciasnych izbach duszono się godzinami, prowadząc różne rozmowy albo grając w ,,durnia”. Rozmowy te dotyczyły zwykle rzeczy banalnych, wziętych z codziennego życia na wsi. Musiano tam obgadać, kto się z kim żeni, kto się zgadza, a kto się kłóci, jak się która dziewczyna lub chłopak prowadzą, gdzie się zanosi na chrzciny, jakie się mają odbyć albo się odbyły wesela, kto na nich był, co mówił i śpiewał, jacy byli muzykanci, jak grali i ile zarobili, kto ma jakie konie i bydło, gdzie się odbyły odpusty i jarmarki i jak się udały itp. bez końca.

Później przechodzono do czasów pańszczyźnianych, zaklętych zamków i królewien, czarów i czarownic, strachów, diabłów prześladujących ludzi z niesłychaną zaciętością. Nie było ani jednego z uczestników, który by, jeżeli już nie z diabłem samym, to przynajmniej z psem, w którym diabeł siedział, nie spotkał się ,,oko w oko”. Ciekawa była postać tego straszliwego wroga ludzkości. Owi znawcy zaprzeczali stanowczo, ażeby on miał ogon i rogi, jak go przedstawiają na obrazach w kościele.

(…)

Muzykanci

W naszym przysiółku zbierali się ludzie każdego wieczora, u szwagra mojego ojca, Kazimierza Pochronia. Dziwny był z niego człowiek. Siedział na kilku morgach ziemi, więcej się jednak zajmował naprawianiem starych butów, zestawianiem cebrzyków i drutowaniem garnków aniżeli gruntem. Całymi dniami palił fajkę albo też gryzł ,,bagę”, którą od niego czuć było z daleka. Miał też wielki pociąg do muzyki, niewiele jednak miał do niej talentu. Toteż rzępoląc wciąż na skrzypcach, kupował coraz to inne, ażeby móc nareszcie trafić na takie, w których diabeł od muzyki siedzi. Ponieważ mu się to nie udawało, postanowił tego diabła poszukać, wierząc święcie, że wszystkie umiejętności od niego pochodzą. Raz wieczór, kiedy go rozdrażniono na temat jego ,,kociej muzyki” wstał i oświadczył wszystkim uroczyście, że jutro idzie do „Gdońska”, bo tam siedzi najstarszy diabeł, od którego wszystko musi dostać,

W izbie nastąpił krzyk i rwetes. Kobiety skoczyły do niego z wielkim lamentem, prosząc go, ażeby nie chodził, a jeżeli już pójdzie, to żeby przynajmniej duszy swojej nie zaprzepaścił. Jedynie tylko jego żona zachowała zupełny spokój, a zwracając się do niego, odezwała się głośno:

— Pamiętaj, ty stary ośle, ażeby cię z tymi twoimi diabłami Bóg ciężko nie skarał.

Rzecz naturalna, że on jej nie został dłużnym odpowiedzi. Ja ze strachu przytuliłem się do matki jak najbliżej, nalegając, ażebyśmy stamtąd jak najprędzej poszli.

(…)

W domu rodzicielskim i w szkole

Przy pracach polowych

W naszym domu przez długi czas nic się na lepsze nie zmieniło. Rodzice moi pracowali ponad siły, odmawiali sobie wszystkiego, posuwając oszczędności do najwyższych granic. To wszystko niewiele pomogło. Były miesiące, w których nie oglądaliśmy kawałka chleba, a bardzo często na śniadanie trzeba było czekać, aż matka powróci z miasta oddalonego o 2 mile. Pamiętam, że niejednokrotnie surową kapustę, przyniesioną od ciotki Ogarów ej z ,,Trzedniaków”, zajadałem jak największy przy-smak. Rozważania nad tym, czy mam iść do szkoły, czy nie, powtarzały się bardzo często, rezultat jednak był taki, że do dziesiątego roku życia musiałem pasać ojcowską krowę, włócząc ją na powrozie po rowach i miedzach. W południe wychodziłem do zbierania chwastów i do innych robót polnych. Gdy moi rówieśnicy wszyscy już po 2 lub 3 lata uczęszczali do szkoły, mnie wciąż schodziło na pasieniu. Dotykało mnie to niesłychanie boleśnie, gdyż zaczęli się oni odnosić od mnie z pewną wyższością i lekceważeniem.

Ojciec, jakkolwiek sam nie umiał ani jednej litery, uznawał potrzebę nauki i martwił się tym, że mnie nie może do szkoły posyłać, obiecując, że to na przyszły rok zrobi. Kiedy przychodził czas zapisów, zwykle się znowu okazywało, że nie ma za co kupić butów ani ubrania i że niechcący trzeba będzie zamiar ten na rok następny przełożyć. Matka, zapatrzona we mnie jak w obraz, pragnęła, ażebym się uczył, alewyobrażała sobie, że ta nauka odbywać się może w zimie, w domu -jak się to działo u wielu sąsiadów. Tym sposobem ja nie zmarnuję czasu, wkłady będą niepotrzebne, a cel się osiągnie. Bała się też niesłychanie, ażebym chodząc do szkoły, pozbawiony jej opieki, nie rozbił sobie głowy na lodzie.

Na ten temat pomiędzy nią a ojcem prowadziły się też każdej zimy spory, które się kończyły postanowieniem, że jakkolwiek się stanie, to się uczyć muszę.

Powitanie Reymonta

Wiedziałem, że poza tymi wypowiadanymi obawami pragnęła, ażebym umiał jak najwięcej, gdyż nieraz powtarzała, że jeżeli nie dostanę majątku, to przynajmniej nie będąc ślepym, mogę sobie znaleźć miejsce na świecie, że sama chciałaby się nauczyć przynajmniej czytać na książce, gdyby to było wcześniej. Teraz już nie może o tym myśleć, bo nie ma czasu, ma głowę skołataną i traci coraz więcej pamięć.

Kiedy już wyszedłem ze szkoły i czytałem książki, nie tylko że bardzo pilnie słuchała, gdy tylko miała trochę czasu, ale i mogła to dość dokładnie powtórzyć, co o słabej pamięci wcale nie świadczyło.

Nareszcie jednej jesieni ojciec się uwziął, poreperował mi jakieś stare na tandecie kupione buty, kupił też za parę szóstek mocno przechodzoną bluzę, przerobił ją na mnie i mimo zawodzenia matki, że krowa pozostanie bez opieki, polecił zaprowadzić mnie do szkoły.

Zapis

Matka zabrała na prezent koguta dla nauczyciela i poszliśmy do niego po południu, ,,kiedy nie było nauki, ażeby się ze mnie inni uczniowie nie śmiali”. Matka udała się do pani ,,dyrektorowej”, ja czekałem na polu trochę zmieszany, trochę przerażony. Za parę chwil zjawiła się matka z powrotem i zawołała na mnie, ażebym szedł za nią. Ponieważ się ociągałem, wzięła mnie za rękę i zaprowadziła przed oblicze nauczyciela. Był nim sam „dyrektor”, pan Franciszek Marzec. Zobaczywszy mnie, zrobił minę dość srogą i matce czynił wyrzuty, że się tak mocno spóźniła z moim zapisem, a zwracając się do mnie zapytał:

– Ileż ty, dryblasie, masz lat, przecie żeś ty większy ode mnie!

Na dziesiąty-odpowiedziałem dość nieśmiało, ukrywając przy tym parę miesięcy.

A elementarz masz?

Nie mam, proszę pana.

Po tej odpowiedzi wziął mnie za rękę, posadził na pierwszej ławce i zawyrokował:

Jutro przyjdziesz do szkoły rano o godzinie ósmej i w tym miejscu siądziesz, bo ja cię muszę mieć na oku.

Uważałem to za jakąś groźbę, która nie wiadomo co mi miała przynieść.

Kiedy to samo powiedziałem matce, narobiła gwałtu, tłumacząc panu dyrektorowi, że ona mnie tylko przyszła zapisać, ale nie może mnie jeszcze do szkoły posyłać, bo nie mam ani elementarza, tabliczki, ani rysika, a przy tym muszę zostać w domu dla pasienia krowy i pomagania przy kopaniu ziemniaków, bo się tego roku na bardzo wczesną zimę zanosi.

Po tym jej oświadczeniu zaczęły się targi, a skończyły się tym, że pan dyrektor się zgodził, bym figurował w księgach szkolnych, a do szkoły zaczął uczęszczać wtenczas, jak „pierwszy śnieg spadnie i ziemniaki się wykopie”. Żebym zaś nie został zbyt w tyle za innymi uczniami, wyznaczył syna sąsiada, ucznia drugiej klasy, który mi miał przez ten czas wieczorami na elementarzu „pokazywać”. Ażeby i z tym ojcowie nie mieli żadnego kłopotu, uprzejmy pan kierownik wręczył matce stary elementarz oprawiony żółtym papierem, upominając, żebym go szanował i zwrócił, jak mi nie będzie już potrzebny.

Uszczęśliwiona matka, że jej tak gładko poszło, żałowała przez całą drogę, że nie miała dwóch kogutów, ,,bo by mię pan był zwolnił choć do nowego roku”. Biedaczka była święcie przekonana, że gdyby nie ten kogut zaniesiony do pani Marcowej, byłby się pan dyrektor na te ustępstwa nigdy nie zgodził i elementarza byłby mi nie dał.

Nareszcie śnieg spadł i to dość wcześnie, ziemniaki były wykopane, elementarz miałem, umiałem też wyuczone z niego wszystkie litery, niektóre nawet zacząłem składać. Trzeba było więc iść do szkoły. Ponieważ pan Marzec nie tylko sam mnie pilnował, ale polecił zwracać na mnie uwagę nauczycielce, pani Jabłońskiej i ja się też sam do nauki rwałem, nie tylko że dogoniłem uczniów, siedzących tam od początku roku szkolnego, ale zaraz po nowym roku zostałem przeniesiony na wyższy oddział. Nauka dla mnie stała się zabawką, gdy inni stękali i męczyli się, mnie to wszystko przychodziło bez żadnych wysiłków. W uznaniu mej pilności używała mnie też pani Jabłońska nie tylko do zastępowania jej w klasie, ale także do sprzątania w pokoju, jaki zajmowała na piętrze budynku szkolnego. Uważając zaś mnie widać za zupełnie nie uświadomionego, przyjmowała tam równocześnie młodziutkiego księdza, zabawiając się z nim bardzo wesoło i swobodnie. Byłem tym ogromnie zgorszony i broniłem się wszelkimi sposobami, ażeby na górę więcej nie chodzić. To mi się nie udało, ale pani Jabłońska widać się spostrzegła, bo więcej tam nikogo nie zastałem.

Gdy oboje nauczycielstwo wyróżniali mnie od wszystkich uczniów i bardzo często powierzali mi gospodarowanie klasą i egzaminowanie ich, a sami uczniowie odnosili się do mnie z dużym podziwem i szacunkiem, to jakąś dziwną niechęć czuł zawsze do mnie ówczesny katecheta, a późniejszy proboszcz, ks. Franczak. Nie wiem skąd to pochodziło, gdyż cały wielki katechizm umiałem na pamięć, zachowywałem się w szkole wzorowo i nigdy się nie zdarzyło, ażebym na jego pytanie nie umiał odpowiedzieć, a często odpowiadałem za drugich. Tego uprzedzenia do mnie nie wyzbył on się nigdy, choć w przyszłości przyniosło ono tak jemu, jak i mnie sporo przykrości.

(…)

Koniec nauki

Do tej szkoły chodziłem przez cztery „zimy” i skończyłem ją z najlepszym postępem, wyszczególniony specjalną nagrodą przez samego inspektora z Tarnowa mi wręczoną, który był obecny na egzaminie. Najwięcej uszczęśliwiona czuła się matka, bo widziała, że ja się „wyuczyłem” i krowa się nie zmarnowała.

Kierownik szkoły, pan Marzec, bardzo tęgi nauczyciel, ale także i niezwykle porządny człowiek, odkrył we mnie duże zdolności, a żegnając mnie z żalem, wezwał do siebie ojca, namawiając go usilnie, ażeby mnie oddał na dalszą naukę do gimnazjum w Tarnowie, „gdyż szkoda zmarnować talentu, jaki miałem posiadać”. Sam zaś obiecał miejsce mi w Tarnowie zapewnić, przez wakacje mnie odpowiednio przygotować, książek dostarczyć i pobyt w mieście ułatwić. Ojciec, który to dobrze rozumiał, wiedząc ile on w życiu przeszedł przykrości nie umiejąc nic, zaczął ulegać argumentom pana Marca, prosząc go o tydzień zwłoki, ażeby się mógł dobrze obrachować, czy sobie może dać radę. Za ten czas zaś pan Marzec miał się dowiedzieć, jakie koszta moja nauka miałaby za sobą pociągnąć. Po tygodniu przyszliśmy z ojcem do szkoły. Kiedy uradowany pan Marzec oznajmił, że za pięć reńskich miesięcznie znalazł mi miejsce w Tarnowie z całym utrzymaniem, ojciec się przeląkł i oświadczył, że go na to nie stać, gdyż nędza w domu panuje wszechwładnie, moja pomoc jest mu konieczna, a przy tym muszę brata młodszego uczyć, ponieważ go nie może posyłać do szkoły. Na tym się urwało, gdyż pan Marzec nie nalegał więcej, wiedząc, że się to nie zda na nic.

Wiedziałem, że mimo to w Tarnowie robił wszelkie możliwe zabiegi o bezpłatne umieszczenie mnie, a kiedy one zawiodły, oświadczył, że je ponowi na drugi rok. Tymczasem dostarczał mi do czytania książek ze swojej biblioteki, a kiedy one się skończyły, zdobywał nowe u różnych swoich znajomych w Tarnowie i w czytelniach tam się znajdujących.

Robiło mu to dużo kłopotu i wiele zachodów, gdyż książki mi dostarczane niemal połykałem, czytając je we dnie i w nocy, nie zważając przy tym na rady i uwagi pana kierownika.

(…)

Na urzędzie

Z tymi i z innymi wadami i zaletami powołano mnie na kierownika rządu i to w czasach najbardziej krytycznych. Byłbym bardzo naiwny, gdybym się łudził, że zrobiono to z miłości do mnie albo też do chłopów polskich. Wiem natomiast, że krok ten niezwykły uczynili jedni pod wpływem strachu, drudzy zaś wprost z wyrachowania, i to zimnego wyrachowania. Bardzo wielu chodziło o państwo, o jego obronę i przyszłość, ale niemało było takich, co im szło o majątek i własną skórę, tak srodze przez najazd bolszewicki zagrożoną. A razem już obliczono, że zdołam porwać do walki chłopów, którym się eksperymenty wojskowe różnych wielkości już naprawdę sprzykrzyły. Ten rachunek okazał się w wielkiej mierze trafny, gdyż chłopi dopisali. I ja też wiedziałem z góry, że obejmując urząd i obowiązki będę tylko tym Murzynem, który musi odejść, skoro zrobi swoje. Nie pomyliłem się wcale, bo odszedłem, i to nie tylko z urzędu, ale nawet z Polski. Mam jednak zawsze tę wielką satysfakcję, że nie będąc żadnym geniuszem, obowiązek na mnie włożony w całości spełniłem, jak mogłem i umiałem. Wstydzić się za mnie nie potrzebują ani prostaczkowie, ani wysoko postawieni dygnitarze. A był to przecież obowiązek ciężki, wymagający wiele zimnej krwi, silnych nerwów, bezsennych nocy i wytężonej pracy. Za to nic mi nie dano i niczego też nie żądałem. Nikomu się nigdy nie narzucałem, ale wróciłem do swojej pracy i za-jęcia.

Z chłopami przed swoim domem

Wprawdzie po zwycięstwie nad bolszewikami delegaci różnych organizacji narodowych, społecznych i politycznych, kilkanaście pań z bractw i towarzystw patriotycznych i kościelnych zjawiło się u mnie w Prezydium Rady Ministrów, dziękując za „uchronienie państwa od niewoli, narodu od hańby, kraju od anarchii, a może i rzezi, wiary i Kościoła od pognębienia i prześladownia” – ale widziałem, że to był krok dorywczy, konwencjonalny i raczej taki sobie zdawkowy. Wiem, że kilka z tych delegatek, korzystając ze sposobności, przyszło tylko po to, ażeby się naocznie przekonać, jak wygląda ten chłopski premier od wideł i gnoju, nie mający nawet nigdy uczciwego kołnierzyka. Wychodząc zaś z Prezydium Rady Ministrów, po dość długiej rozmowie ze mną, nie mogąc wytrzymać, wyraziły do sekretarza swoje zdziwienie, że potrafię nawet z inteligentnymi ludźmi rozmawiać.

A przecież tacy należeli jeszcze do najprzyzwoitszych i stanowili dość nieliczny wyjątek.

Natomiast, gdy tylko pierwsze niebezpieczeństwo minęło, czułem, że Polska polityczna – zarówno wsteczna, jak i postępowa, tak magnacka, jak i demokratyczna – zawstydziła się swojej chwilowej słabości: powołania „chama” na takie stanowisko i dała mi to odczuć w sposób jak najbardziej widoczny i przykry. Łamano sobie w różnych kołach głowę, po co i na co otworzono mi drogę do władzy i ministerialnych podwojów, przesyłano mi trupie głowy, wyroki śmierci, obelżywe listy i kartki, domagając się natychmiastowego ustąpienia. Zaczęto odrabiać owo uchybienie, i to odrabiać środkami i sposobami, jakich się nigdy nie spodziewałem. Puszczono w ruch, jakby umyślnie naprzód przygotowaną machinę, zaopatrzoną we wszystkie zatrute środki walki. Wypełzło na widownię wszystko, co jad, zawiść i złość ludzką stanowi. Niczego tam nie brakło.

Życie rodzinne <

Żona, Katarzyna Tracz

Małżeństwa przeważnie kojarzyli ojcowie. Zawierano je najczęściej z wyrachowa-nia. Przy wyborze decydowały względy majątkowe, przylegający grunt, kawałek dobrej łąki, pieniądze, dobre pochodzenie. Mniej już zwracano uwagi na urodę, zachowanie się, umiejętności. Przy wyborze żon bardzo skrupulatnie unikano próżniaków i tak zwanych latawic. Rodzicom zależało nie tylko na zabezpieczeniu losu dzieciom, a szczególnie córkom, ale także na pozbyciu się ich z domu, jako mających nieraz wiele, i kosztownych, wymagań.

Mąż był uważany za nieograniczonego pana gospodarstwa, domu i wszystkiego, co się w nich znajdowało. Obowiązkiem żony było go słuchać i ulegać we wszystkim. Tak nakazywały stare zwyczaje, do tego zmuszał s’lub kościelny, którego formułę przy każdej okazji przypominano. Nikt się też nie dziwił, gdy żona nosiła oczy popodbijane, albo gdy zaufanym kumoszkom pokazywała sine znaki na ciele, pozostałe po odebranych razach dla „odnowienia jej skóry”. To odnowienie skóry kobietom, nieraz nawet okrutne, uważano nie tylko za naturalne, ale nawet konieczne, bo „baba ma już taką naturę, że jakby mąż nie wziął nad nią góry, to ona zaczęłaby nad nim panować”. Wojny małżeńskie rodziły się najwięcej na tle braków i kłopotów domowych, nierzadko jednak po chrzcinach i weselach, na których albo podchmielona żona zerkała w stronę obcych mężczyzn, albo mąż zajmował się zanadto innymi kobietami. Tą wyćwiką żony przez męża groził ojciec krnąbrnej córce, obiecując ją wydać za dziada, jaki się trafi, bo jak jej skórę „wytataruje” to będzie tańsza, co znaczyło pokorniejsza. Do tego zachęcali nieraz krewni i sąsiedzi, nie mogąc sobie dać rady z rozpuszczonym językiem złośliwej sąsiadki.

Upokarzające owo „ta taro w anie” skóry ogromna większość kobiet znosiła zupełnie cierpliwie, płacząc po kryjomu; nie brakło jednak takich, co nie tylko powtarzały, że kij ma dwa końce, ale chwytały za niego, nie pozwalając się skrzywdzić. Rzucały nieraz na głowę mężowi co miały w ręku, a co najmniej poorały mu pazurami gębę w gęste, a nieraz i bardzo bolesne desenie. Chodząc z podrapaną twarzą mąż całą winę zwalał na kota, który rzucił się na niego „kiedy mu nadepnął nierozważnie na ogon”. Z tego tłumaczenia ludzie się zwykle śmiali, wiedząc dobrze, że tym kotem była Kaśka czy Maryna, broniąca się przed jego tyraństwem. Mimo tego skakania sobie do oczu i długotrwałych nieraz między sobą gniewów, małżonkowie pracowali bardzo pilnie i wydatnie, a wyrazem i następstwem zgodnej pracy było obrobione gospodarstwo, utrzymany dom i co najmniej jedno dziecko na każdy rok.

Dzieci

Z wnuczką Joanną

Wychowanie dzieci odbywało się niezwykle prymitywnie. Paromiesięcznego malca brała matka ze sobą na pole, a w razie zimna albo niepogody zostawiała go w domu, najczęściej pozbawionego wszelkiej opieki. Krzyczało dziecko póki mogło, zmęczone zasnęło albo płakało dalej, wydając słaby, ledwie dosłyszalny, miauczący głos. Wiele małych dzieci nie widziało bułki ani ciepłego mleka, lecz napychano je ziemniakami, a nieraz i jałową kapustą. Dzieci, w ten sposób chowane i karmione, ulegały też różnym chorobom i kalectwu, przenosząc się masowo na drugi świat. Tą śmiertelnością nikt się jednak zbytnio nie przejmował, bo dzieci sypały się masami i śmierć dziecka, szczególnie chorowitego albo skaleczałego, przynosiła prawdziwą i pożądaną ulgę dla rodziny. Nieraz sobie też mówiono, że dobrze się stało, że je „Pan Bóg zabrał do chwały swojej”, bo i tak nie miałoby co robić na tym świecie. W ten sposób pielęgnowane dzieci wyglądały jak patyczki i nieraz dopiero po dwóch latach życia próbowały stawiać pierwsze kroki.

Gdy zaś nieco podrosły, zostawiano je przeważnie swojemu losowi. Na pół nagie wałęsały się po całych dniach bez żadnej opieki. Tarzały się w piasku, brodziły po wodzie i błocie. Dokuczały im też na przemian upał, chłód, niepogoda, a prawie zawsze nieodstępny głód. Zmęczone usypiały się gdzie padło i dopiero dojmujące zimno pędziło je do domu. Z czasem przydały się do pilnowania i kołysania młodszych, a potem do gęsi i bydła. Karlało też to lub rosło jak z kamienia. Nieraz piętnastoletni chłopiec lub dziewczyna wyglądali jak paroletnie dzieci i dopiero koło dwudziestki podciągali na gwałt. Śmiertelność panowała ogromna, ale to, co zostało, było silne i wytrzymałe na wszystko. Braki i nędza przyswoiły też zobojętnienie, powodujące, że nieraz ludzie najbliżsi żyli z sobą jak zupełnie obce zbiorowisko.

Z córką i Stanisławem Mikołajczykiem

Wychowanie religijne w domu polegało na wyuczeniu strasznie poprzekręcanego pacierza, niektórych prawd wiary i krótkich modlitw rannych i wieczornych do Trójcy Świętej, Matki Boskiej i niektórych świętych, szczególnie patronów. W niektórych ‚domach uczono także godzinek. Bardzo silny nacisk kładziono na poszanowanie starszych, rodziców i księży. Reszta już należała do proboszcza, który miał niemało pracy z przygotowaniem gromady takich dziczków do spowiedzi i komunii św. Bardzo wielu z nich nigdy się niczego nie nauczyło, a tylko wynosiło z tej nauki mocno nadwerężone uszy, które proboszcz codziennie naciągał. Młodzież obojga płci już od lat 18-20 zaczęła się wymykać spod opieki rodzicielskiej, idąc nocami na grania, wesela, zabawy, spacery, pogadanki. Nierzadko jednak pędziła ją do domu ojcowska rózga albo matczyna ,,popłata”, którą okładała przeważnie córki, i to oko nie oko, głowa nie głowa. Nie żałowała przy tym epitetów, których się nie da powtórzyć. A kiedy rozbeczana i rozżalona córka wskazywała na inne, co chodzą, jej zaś nikt nie widzi, miała matka krótką odpowiedź: ,,niech latają te gonichy, jak ty będziesz mieć majątek, to oni tu po ciebie trafią”. Rozumne te argumenty nie zawsze jednak trafiały do przekonania młodym, bo w drugą niedzielę powtarzało się znowu to samo, z tą różnicą, że córka przypomniała matce, że i ona w młodych latach nie robiła inaczej. Zuchwalstwo to sprowadzało znowu nowe cięgi i dowodzenia matki, że córka nie mogła przecież tego widzieć. Oczywiście, że nie wszyscy ojcowie i matki postępowali tak srogo, bo niektóre rozpuściły swoje dzieci jak „dziadowski bat”.

Nawet już dorastające dzieci miały prawie zawsze respekt i poszanowanie dla rodziców, a szczególnie dla ojca. Ten zaś nigdy nie żartował, lecz za każde uchybienie wysmarował rzemiennym pasem albo kawałkiem kija, jaki miał pod ręką. Nieraz dostało się przy tej sposobności i matce, która podnieciwszy ojca, raptem się zmieniła stając w obronie bitych dzieci. Rzadko bardzo się zdarzało, ażeby nawet niewinnie krzywdzony syn rzucił się na ojca albo nawet starał się chwycić za kij, którym był bity.

Jan Stapiński

Prawdziwy rozpęd udzielił się Stronnictwu dopiero wówczas, gdy kierownictwo tak Stronnictwa, jak i jego organu objął Jan Stapiński. Za jego prezesury doszło ono też w dawnej Galicji do największej siły i znaczenia. Pracę w Stronnictwie zaczął on od wczesnej młodości jako student uniwersytetu we Lwowie, zmuszony uczelnię tę opuścić podobno z powodu braku środków. Przyniósł on do Stronnictwa to, czego mu ani Lewakowski, ani Rewakowicz dać nie mogli: gruntowną znajomość wsi i chłopów, wielką energię i wytrwałość w pracy. Ja go długi czas nie widziałem, ani nie słyszałem mówiącego, ale chłopi, którzy go znali bliżej, byli z niego zadowoleni, mówiąc, że „śpiewa jak szczygieł”.

Kiedy go poznałem później, widziałem, że żył niesłychanie skromnie, a nawet w niedostatku. Chodził nieraz w ubraniu z dziurawymi rękawami, nosił buty z których wyglądały palce, często się obchodził bez śniadania lub obiadu, nie mając go czym zapłacić. Nie zważając na wszystkie trudności i przeszkody, przebiegał całe mile piechotą, odwiedzając znajomych, zbierając wiadomości i informacje potrzebne. Znał wszystkich wybitniejszych i wpływowych chłopów w każdym powiecie na wylot, bywał u nich w domu, wyróżniał, chwalił, zachęcał, podniecał ambicje, całował się ze wszystkimi przy każdej sposobności. Znał też doskonale zwyczaje i obyczaje chłopów, znał ich błędy i narowy, słabe i dobre strony i umiał też po mistrzowsku grać na nich. Mówił do chłopów dobrze, zrozumiale i przekonywająco, starając się im pochlebiać jak najwięcej. Zdolny był w każdej chwili do prośby i groźby, do gniewu i płaczu, jeżeli mu to było potrzebne. Kiedy widział, że żadne argumenty nie pomagają, przeklinał się i ciałem i duszą, przysięgając się na przyszłość i zbawienie swoje i swojej rodziny. Wiedział niezawodnie, że przysięga taka miała wtenczas u chłopów ogromne znaczenie. Nieraz na zebraniach płakał publicznie, zaklinając się, że nie ma nawet na śniadanie, a cóż dopiero mówić o innych potrzebach i wydatkach, już nie dla siebie, ale dla Stronnictwa. Robił to szczególnie wtenczas, kiedy powszechnie wiedziano, że złe czasy dla niego już dawno minęły.

Z tych jego wybuchów i występów wielu kpiło, uważając je za śmieszne i niepoważne, długo jednak było więcej takich, co mu wierzyli, litując się głośno nad biednym prezesem, który pracując dla chłopów, sam nie ma co do ust włożyć. Oni też zawsze decydowali na jego korzyść.

Fragmenty książki Wincenty Witosa „Moje wspomnienia”

( Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1998)  wybrali

Elżbieta Mirowska-Sobolewska

koordynator FMS w pow. brzezińskim

Robert Plebaniak

koordynator FMS w woj. łódzkim

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *