Wincenty Witos do sędziów Sądu Okręgowego podczas Procesu Brzeskiego.

13 stycznia 1932 zakończył się Proces Brzeski, w którym 13.01.1932 r. przed Sądem Okręgowym w Warszawie zakończył się tzw. proces brzeski. Autorytarny system stworzony przez Marszałka Józefa Piłsudskiego triumfował. „Niezawisłe” sady skazały więzieonych wcześniej w twierdzy brzeskiej przywódcy antysanacyjnej opozycji. Wśród nich trzykrotny premier Wincenty Witos, Władysław Kiernik, Norbert Barlicki i Herman Lieberman. Przytaczamy dziś słowa premiera Wincentego Witosa wypowiedziane na sali rozpraw przed Sądem Okręgowym w Warszawie dnia 28 października 1931 roku.

„Czynów moich i myśli się nie wypieram. W dniu wczorajszym zapytywał mnie Pan Przewodniczący Wysokiego Sądu, czy przyznaję się do zarzucanych mi przemówień i czynów. Odpowiedziałem wówczas, iż się do nich nie poczuwam…

Dzisiaj też, Wysoki Sąd pozwoli, że starać się będę o krótkie uzasadnienie mojego twierdzenia i wyjaśnienie niektórych faktów w ramach oskarżenia się znajdujących. Czyniąc to, nie mam ani na chwilę na myśli wypierać się moich czynów, uważając, że to wszystko, co robiłem, było zgodne z duchem ustawy, a ponadto było moim obowiązkiem obywatelskim.

Do pierwszego Sejmu polskiego weszliśmy nie tylko w dużej liczbie, ale z najlepszą chęcią służenia państwu. Wchodząc z tą liczbą i tą przeszłością, musieliśmy też mieć głębokie przekonanie, że zgodnie z naszym programem, a nawet wbrew temu programowi, należy ponosić wszelkie konsekwencję i brać na siebie odpowiedzialność za państwo.

Pomijam wiele szczegółów, choćby nawet ważnych. W roku 1920, w drugiej jego połowie. Polska znalazła się w niesłychanie ciężkim położeniu. Wypadki te są znane i nie chcę ich w tej chwili przypominać. W tym położeniu i krytycznej sytuacji dla Państwa Stronnictwo nasze wraz z innymi stronnictwami ludowymi podjęło się pracy wielkiej, pracy ofiarnej, dla ratowania państwa. Weszliśmy do Rady Obrony Państwa, weszliśmy także do rządu. Dojście do rządu jest dla niektórych celem całego życia. My stoimy na innym stanowisku. Rządy zawsze są tyko ciężarem, jeżeli kto je obejmuje, pojmując to poważnie, albo obejmuje je z konieczności, albo wezwany do tego przez właściwy współczynnik.

Nikt nie zaprzeczy, jak bardzo ważnym czynnikiem był wówczas lud polski, stanowiący ogromną większość w państwie. Ale lud ten nie był jeszcze wówczas z państwem zżyty ani też do niego przywiązany. Toteż ci, którzy temu ludowi przewodniczyli, musieli się liczyć z tym, co robią, gdzie i kogo za sobą prowadzą.

Trzeba sobie przypomnieć nie tylko ten moment, ale i fakt, że lud wszedł do państwa polskiego po stupięćdziesięcioletniej niewoli; była to niewola polityczna i społeczna, a bardzo często i moralna. Świadomość narodowa u ludu nie istniała zupełnie, państwa zaborcze bowiem starały się o zdobycie materiału dla siebie, a nie o świadomego obywatela dla Polski.

Wojna i wyczerpanie przez kilkuletnią wojnę światową doprowadziły do tego, że lud stał się obojętny na wszystko, pragnąc spokoju, bez względu na to, co się później stanie. Należało rozprószyć to zobojętnienie, trzeba było tłumaczyć, że największym dobrem nie jest gospodarstwo, nie jest majątek, ale największym dobrem jest wolna Ojczyzna. Jeżeli dało się wtenczas pociągnąć dla tej idei masy, to nikt nie zaprzeczy, że był to fakt wielkiej wagi i znaczenia państwowego, że wola i poświęcenie odniosły zwycięstwo.

Stronnictwo nasze, jeżeli chodzi o jego tendencje i kierunek polityczny, było stronnictwem umiarkowanym, które też z tego powodu często spotykał zarzut, że nie idzie szybciej, nie łamie przeszkód, ale przechodzi przez nie powolniej. W tym było trochę prawdy. Staraliśmy się rzeczywiście powoli regulować stosunki w nowym państwie po to, ażeby były one więcej trwałe i niełatwe do zburzenia. Politykę naszą dyktował program. Powołany artykuł tego programu brzmi: „Państwo nowożytne, zwłaszcza znajdujące się w tym położeniu geograficznym i politycznym, co Polska, może być pewne swojego bezpieczeństwa wtedy tylko, jeśli ogół obywateli będzie nad jego utrwaleniem współpracował i poczuwał się do odpowiedzialności za nie. Wobec tego PSL „Piast” bronić będzie nieugięcie ustroju demokratyczno-parlamentarnego, uważając równocześnie, że tylko ten ustrój zapewni ludowi wiejskiemu należyte wpływy na losy państwa i obronę żywotnych interesów wsi. Dążyć jednak będzie PSL „Piast” do ukształtowania ustroju demokratyczno-parlamentarnego w taki sposób, by umożliwiał on ujawnienie się woli większości narodu, jako też trwałość i siłę władzy wykonawczej, opartej na tej większości. Uznając, że podstawą państwa jest praworządność, PSL „Piast” żąda poszanowania prawa, przez wszystkich, bez wyjątku, obywateli. Wychodząc z powyższego założenia PSL „Piast” przeciwstawi się wszystkim próbom rozstrzygania konfliktów politycznych drogą gwałtu i narzucaniu w Polsce dyktatury z jakiejkolwiek strony”. Stanowisku temu byliśmy zawsze wierni i wierni pozostajemy do dziś dnia.

Żyliśmy w innym państwie, patrzyliśmy na rozwój stosunków, widzieliśmy co stanowi sił, a co niemoc państwa. Mieliśmy więc pełną naukę z przeszłości i byliśmy przekonani, że państwo w ciężkich chwilach nie będzie w stanie się obronić, jeżeli ogół obywateli nie jest z państwa zadowolony i z państwem związany. A przecież państwo nie zawsze żyje w pokoju, może mieć także i wojnę, która jest wielkim złem, ale może być złem nieuniknionym, a wtenczas państwo musi się zwrócić do swych obywateli, sięgnąć do ich ofiar, tak z mienia, jak z życia. A tego życia przecież nie daje się za byle zapłatę, sprzedaje się je tylko za wielkie wartości i ideały, a takim ideałem jest tylko wolna Ojczyzna.

Stosunki tak się ułożyły u nas, że lud wiejski w państwie polskim stanowi ogromną większość. Fakt ten jest odpowiedzią na to, jaką powinna być polityka państwowa i polityka stronnictw ludowych. Musi ona być polityką interesów państwowych, ale także musi uwzględniać interesy tej klasy ludności, która jest najliczniejsza. Pracę tę prowadziliśmy z wielkim nakładem sił, ale też z dużym powodzeniem, choć stan powojenny ludzkości wiejskiej, zgliszcza materialne i fizyczne, a często i moralne nie były gruntem podatnym do prowadzenia propagandy konieczności państwowych. Dlatego też szeregi naszego Stronnictwa często się chwiały, opuszczali je bowiem różni ludzie, więcej zapalni, radykalniej usposobieni. Niejednokrotnie zaś żywioły więcej postępowe zarzucały mi wstecznictwo, jeżeli w ogóle nie zdradę interesów ludowych. Ja się do owego miana ”wstecznika” przyznaję. Uważam, że rola decydująca w państwie polskim należeć powinna do ludu. Znałem historię Polski przedrozbiorowej, historię jej rozwoju, niedoli i upadku. Widziałem braki i błędy przeszłości i chciałem, aby ich w Polsce odrodzonej uniknąć. Chodziło mi o to, aby zawsze być wiernym zasadzie przeze mnie i bliskich mi wyznawanej, bez względu na to, jakie będą stosunki, a która nam nakazywała; kiedy nie było Polski niepodległej – dążyć do niej: gdy przyszła Polska – pracować dla niej, a gdy Polska potrzebowała obrony – bronić jej. Te zasady stały się wytycznymi dla naszej polityki.

Teraźniejszość polska była ciężka. Państwo było przecież biedne, nie mogło więc nic dać nikomu: owszem wymagało ofiar. Wielkie rzesze ludności czekały na prawa, ale czekały i na korzyści. Nie czekały one tylko na ustawy podatkowe i inne ciężary, a nawet może na konstytucję. Na konstytucję czekała Polska, na ustawy podatkowe czekał Skarb, rzesze ludności czekały na rzeczy bardziej dla siebie korzystne.

Przyszedł jednak nareszcie czas, kiedy państwu nadano konstytucję, a lud polski otrzymał swoje prawa. Mieliśmy wówczas podstawę, ażeby ludowi powiedzieć, że konstytucja nie będzie nigdy naruszona, że będzie jakby ewangelią, moglibyśmy mu powiedzieć wówczas, że Ojczyzna żąda od niego nie tylko podatków, ofiar z krwi i mienia, ale że go też czyni współwłaścicielem i gospodarzem państwa, dając mu możność decydowania o państwie, zabierania głosu i wypowiadania swego zdania Był to okres, kiedy pomiędzy górą i dołem, pomiędzy rządem, Sejmem a ludem polskim istniała pewna wspólnota, kiedy zapadłe nawet wioski miały żywy kontakt z państwem przez swoich przedstawicieli, znajdujących się w Sejmie. Wtedy szerokie rzesze ludności interesowały się wszystkimi przejawami życia państwowego, uważały państwo za swoje i Sejm za swój. To chyba rzecz dla państwa równie ważna, jak i pożyteczna. Jest to zasługą Sejmów mimo ich błędów, błędów przywódców politycznych, od których może ja nie byłem również całkowicie wolny. Praca nasza stała się ciężka. Traktowanie Sejmu przez p. Piłsudskiego jest znane, ale ponieważ posiadał siłę, a wielu w Polsce jest takich, co mniej dbają o słuszność, a każdej sile się podporządkowują, trafili się więc i u nas ludzie, co chcieli z tą siłą tylko pogodzić, ale jej się nawet poddać.

Ja byłem nie tyle przeciwnikiem p. Piłsudskiego, ile przeciwnikiem jego metod i sposobów rządzenia. Uznać się jednak musiałem za zwyciężonego i usunąłem się w cień. Uważałem, że będąc zwyciężonym, jako polityk powinienem zwycięzcy pozostawić wolne pole do pracy, będąc zdania, że nie można w Polsce robić wiecznych eksperymentów!

Śledziłem przez dłuższy czas robotę rządów pomajowych i musiałem przyjść do przekonania, że nawet chwilowe sukcesy nie mogą wyrównać tych strat, jakie w ogóle te rządy przynoszą. Czułem się obywatelem państwa, miałem nie tylko prawo, ale i obowiązek troszczyć się o nie. Widziałem, że nie ma w nim żadnej poprawy, natomiast jest pogorszenie we wszystkich dziedzinach, do czego przychodzi nieznana jeszcze dotąd samowola.

Słabą stroną rządów parlamentarnych jest to, że liczyć się one muszą z Sejmem, z opinią i ze swoimi kontrahentami; wyższość ich jednak w porównaniu z rządami jednostki leży w kontakcie i współpracy ze społeczeństwem. Wyjątek stanowił w dużej mierze Rząd Obrony Narodowej w roku 1920 , który miał przed sobą wielki i konkretny program: uwolnienie kraju od nieprzyjaciela i zawarcie pokoju. Rządy pomajowe nie mają tych trudności, o których mówiłem, dlatego też mogliśmy się spodziewać, że zostaną przez nie usunięte zarzucane innym rządom łajdactwa, nadużycia i nieprawości. Musieliśmy jednak wnet przyjść do przekonania, że wpadki podobne zaczynają się mnożyć, a ponadto dziać się rzeczy dla państwa przykre, wytwarzające przepaść pomiędzy większością społeczeństwa i rządem.

Zebrań poselskich urządzałem bardzo wiele, uważając je za szkołę obywatelską. Zebrania nasze były też zawsze rzeczowe. Przestrzegałem na nich przed napaściami, oszczerstwami i insynuacjami. Dawałem wskazówki i instrukcje, by się zawsze zajmowano sprawami aktualnymi. Zebrania moje kończyły się zawsze zwrotem: „Jesteście w pełni obywatelami. Stanowicie w Polsce najliczniejszą klasę ludności. Państwo jest dla was najwięcej potrzebne, nie wolno wam więc na jego losy, na przejawy życia politycznego być martwymi, a choćby tylko obojętnymi. Cokolwiek jednak robicie, uważajcie, nie wolno wam łamać ani prawa, ani też przepisów. W, opuszczeni i słabi, dla których prawo jest obroną, musicie wszystko robić w ramach prawa”.

Z natury rzeczy bywa tak, że jeżeli człowiek lub też pewna grupa ludzi dostanie się do władzy, stara się tę władzę rozszerzyć, a tym samym ukrócić prawa obywatelskie innych. Tym zamierzeniem właśnie nasze Stronnictwo starało się przeciwstawić.

Panowie sędziowie! Obecny system idzie w kierunku skrępowania praw ludu, ja też chcę z tego miejsca stan ten przedstawić. Lud prowadzony do państwa w nim swoją ostoję i swoją przyszłość. Odnosił się też z ufnością, ale chciał na odwrót, by to państwo odpłaciło mu się za to sercem. Tymczasem z chwilą gdy w Warszawie zaistniała dyktatura to rozszerzyła się ona na wszystkich urzędników włącznie do policjantów. Lecz jeżeli dyktatura w Warszawie była inteligentna, to dyktatura policjanta taką być nie mogła, bo przeważna część policjantów nawet do swego zadania nie dorosła. A jednak byli to ludzie, którzy rządzili i sądzili. Zaczęły się orgie szykan i nadużyć.

Stan podobny wywołuje wśród ludności niechęć, a często nienawiść do urzędników, a przez utożsamianie ich z państwem niechęć ta przechodzi na państwo. Toteż lud obojętnieje dla państwa, nie znajdując opieki, a czując pogwałcenie swych praw, usuwa się na bok.

Wysoki Sąd przyzna, że obywatel, który chciał widzieć w państwie panowanie prawa i porządek, nie mógł na to spokojnie patrzeć, musieliśmy wykazywać, że są to rzeczy przejściowe, że to minie, że w ręku obywatela leży, żeby zmiany te przeprowadzić. W jaki sposób można te zmiany osiągnąć? Bronią powołaną do tego są wybory. Dawniej o posiadaniu władzy rozstrzygały armaty i karabin, teraz rozstrzyga kartka wyborcza, bo nowe życie kulturalne, cywilizacja i demokracja uznały, je za broń odpowiednią. Ale jeżeli przychodzą wybory, a wyborca nie może swobodnie spełnić swego prawa, jeśli z urny wychodzi co innego, aniżeli wkłada wyborca, alb jeśli policjant poucza go pięścią lub kułakiem, jak należy głosować, to nic dziwnego, że ten obywatel od urny uciekał. Tuśmy więc przegrali, przegrała demokracja, ale przegrało też i państwo, a przecież ono nie może zbyt często przegrywać.

Postanowiliśmy więc kres temu położyć, ale nie w ten sposób, jaki nam imputuje oskarżyciel publiczny. Aniśmy chcieli, ani myśleli, ani też mogli chłopów prowadzić na Warszawę.

Polskę na rebelie, na zamachy i na rozruchy nie stać. I będzie to trwało jeszcze długo. Polska, będąc w tych warunkach geograficznych, materialnych i narodowościowych, jeżeliby poszła na to szaleństwo, to mogłaby zapłacić sobą, a co najmniej kawałem swego obszaru.

Rewolucji więc nie chcieliśmy, bo Polski na loterię wystawiać nie mieliśmy zamiaru. A ja, któremu przecież patriotyzmu odmówić, nie można, umiem się z tym liczyć, a tylko dla dokuczenia panu Piłsudskiemu tego zrobić nie mogłem i nie mogę.

Jeżeli chodzi o kongres krakowski, to złożyłem zaznanie w znanych warunkach w Brześciu. Mógłbym o tych warunkach mówić, ale ponieważ jest co do tego zakaz pana Przewodniczącego, to ja się tego zakazu trzymam. W kongresie krakowskim wziąłem udział, byłem jednym z przewodniczących, godziłem się z uchwałą, która została powzięta i godzę się z nią obecnie, uważam bowiem, że mieści się ona w zakresie praw i obowiązków obywatela. Jestem przeciwnikiem dyktatury i rządów jednostki z głębokiego mojego przekonania. Uważam za rzecz konieczną, ażeby z tym systemem, z tym rządem i „reżimem” w Polsce skończyć.

Przez kongres krakowski, w którym wzięliśmy udział, chcieliśmy powiadomić społeczeństwo o istotnym stanie rzeczy. Wyznaję zasadę, że nigdy i nigdzie, w żadnym państwie nie wystarczy i dla obrony, i w każdej innej sytuacji państwa, ani klika, ani poszczególny choćby najwięcej genialny człowiek. Ciężar ten musi wziąć na siebie całe społeczeństwo. Nie chcemy więc, ażeby Polska budowana była na jednym człowieku, chcemy, ażeby budowało ją całe społeczeństwo. Jeżeli chcę, aby pracą państwową zainteresowało się szerokie społeczeństwo, to uważam, że rządy konstytucyjne i parlamentaryzm są najlepszym do tego sposobem i najlepszą drogą.

Nie chciałbym już dłużej nużyć Wysokiego Sądu, ale mimo woli przypominają mi się koleje mego życia. Byłem przecież obywatelem innego państwa, byłem posłem na Sejm galicyjski. W Sejmie tym zabierałem często głos mocny. Należałem do parlamentu austriackiego, gdzie również zabierałem głos. W czasie wojny uważany byłem za zwolennika Ententy. Oskarżono mnie o zdradę stanu i o 5 innych zbrodni, wytyczono mi śledztwo, przesłuchiwano. Ale mimo wszystko ten rząd zaborczy, który znał moje stanowisko i moją pracę, nie wtrącił mnie do lochu ani nie deptał mojej godności i mego człowieczeństwa.

A w Polsce! Wysoki Sądzie, byłem tym prezesem rządu, który został przez zamach majowy obalony. Nie ja dokonałem zamachu, ale ja wraz z rządem stałem się ofiarą zamachu. A rząd ten nie był przecież rządem uzurpatorskim, był rządem konstytucyjnym, powołanym przez Prezydenta Rzeczypospolitej. A więc kto inny robił zamach i spisek, a ja siedzę na ławie oskarżonych.
Prawdziwi zamachowcy w Polsce muszą trafić na ławę oskarżonych.

Wierzę jednak zawsze, że w Polsce jest prawo i to równe prawo dla wszystkich, dlatego też, siedząc dzisiaj na ławie oskarżonych, ośmielam się zapytać pana przedstawiciela oskarżenia publicznego, czy nie zna tych ludzi, którzy dokonali zamachu i czy to było przestępstwem? Bo jeżeli tak, to powinna być wielka zmiana i spodziewam się, że ta zmiana nastąpi.

Dlatego siedząc na ławie oskarżonych, nie wdając się w to, jaki będzie wyrok, spodziewam się, że nareszcie przyjdą w Polsce takie zmiany, kiedy prawo i sprawiedliwość będą górą i kiedy na ławie oskarżonych zasiądą ci, co nie tylko zamach przygotowali, ale także którzy go chcieli i dokonali.”

Źródło: Witos o demokracji: wybór przemówień, pism i rozmów Wincentego Witosa. Edukacja dla Demokracji, Warszawa 1995.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *