Kobieta Wyjątkowa – Zofia Solarzowa.

Wśród stałych gości miąsińskiego domu Marii z Młodzianowskich i Władysława Feliksa Symonowicza bywała Jadzia Polakówna, córka doktora. To przez nią Symonowiczowie dowiedzieli się, że w zaprzyjaźnionej z nią rodzinie jest osierocone, półtoraroczne dziecko. Tak, stali się dla małej Zosi ukochanymi rodzicami. Dom Symonowiczów skupiał przez lata wielu gości, obok chłopów i ludowców, również artystów, poetów, między innymi Bolesława Prusa czy Stefana Żeromskiego. Gospodarstwo w Miąsem wyróżniało się wśród okolicznych majątków ziemskich wysoką wydajnością, ładem i wzorowym porządkiem. W pamięci małej Zosi zachowały się wieczory przy muzyce, granej i śpiewanej przez matkę czy kolejnych kartach czytanej przez tatę Trylogii Sienkiewicza. Wokół stołu, przy którym ojciec czytał, siadywało od kilku do kilkunastu osób. Jeśli goście nocowali, zdarzało się, że słuchaczy było ponad dwudziestu… Dla lepszego dziś obrazu przytoczę stałych słuchaczy: niania, pokojowa, Janowa (siedząca przy drzwiach i najczęściej zasypiająca), ciotki, nauczycielka szkoły powszechnej, kierownik tkalni, przedszkolanka, kilkoro uczniów z tkalni mieszkających przy dworze, rezydenci i krewni przebywający w dworze miesiącami. Obok dorastającej Zofii zawsze była ciocia Lena, która na prośbę Marii zgodziła się przyjechać na stałe do Miąsego, by razem z Marią tworzyć nowe środowisko twórczej pracy. Nie widywało się jej w salonie. Za to w gospodarstwie domowym, w ogrodzie, na wsi wśród chorych, w szkole haftu i tkactwa znać było jej zdumiewającą pracowitość i surowość wobec siebie i ludzi. Mimo cech właściwych ludziom niskiego lotu, to ona wcielała w życie najśmielsze marzenia i pozornie nierealne wizje. Maria, szybko opanowała sztukę haftu. Jej prace zdobywały złote medale na wystawach w Paryżu i Tokio. Dziś, w Klębowie, parafii Miąsego można zobaczyć haftowaną przez nią chorągiew kościelną, z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, której to włosy są haftowane włosami małej Zofii…

Z upływem lat, macierzyńskie obowiązki coraz silniej spełniała wobec Zofii właśnie ciocia Lena, choć w pamiętnikach wspomina się również troskę przybranych rodziców, przede wszystkim o rozwój umysłowy i duchowy, kształtowanie charakteru i przepojenia go zasadami i ideałami ich środowiska. Prawość i miłość do ludzi, patriotyzm, rzetelność w służbie społecznej. Wychowywano więc Zofię na ideałach Hoffmanowej, Rodziewiczówny, Orzeszkowej, Prusa, w rodzinie, w której tradycja powstań narodowych i obowiązek pozytywnej pracy tworzyły atmosferę pewnej surowości i dyscypliny. Każdy dzień, mała Zosia kończyła słowami: „Dzięki ci, Boże, za ten dzień przeżyty, dzięki ci, Boże, za każdą godzinę, za zdrowie duszy i za ciała siły, dzięki za każdą chleba okruszynę. Jeślim zawinił, daruj mi, o Panie, przyjm te łzy żalu i poprawy chęci. Niechaj Twa łaska, Twoje zmiłowanie na dalszą życia drogę mnie poświęci”.

Dalsze, dziecięce lata, Zofia spędziła u boku ciotki Leny, w Warszawie i Mińsku Mazowieckim, w którym to w szkole pani Walickiej odbierała nauki ludzi o nieprzeciętnych umysłach, sercach i charakterach (Władysław Smoleński, Ignacy Chrzanowski, Jadwiga Ostromęcka i jej siostra, obie Sybiraczki czy Helena Lindenbaum (później żona Leopolda Staffa). Mówiono, że pensja pani Walickiej wychowuje dobre Polki i kobiety-demokratki, których umysły są zdolne do przyjmowania wszelkich postępowych, demokratycznych nowin. To wtedy wspomina Zofia, miała swój pierwszy konflikt z… Kościołem. Doprawdy, z Kościołem. I pierwszy też raz czuła jednocześnie przerażenie i dumę, że oto jest bohaterką bliską miąsińskim ideałom. A wyszedł wtedy w diecezji warszawskiej zakaz wydawania rozgrzeszenia czytelnikom pisma ludowego „Zaranie”, pisma, którego Zofia była czytelniczką a nawet korespondentką, radząc się redakcji jak postępować z wiejskimi dziećmi, by się z nimi lepiej rozumieć. Rozgrzeszenia za ten „grzech” udzielił Zofii warszawski ksiądz, przyjaciel młodzieży, który głaszcząc młodą Zofię po głowie powiedział: „Trochę to za wcześnie dla ciebie, ale „Zaranie” to mądre pismo”. Po rozparcelowaniu dworu, otoczenia, parku i ziemi miąsińskiej, przyszedł czas na kielecczyznę. Na bogatej, sandomierskiej ziemi, ojciec Zofii wydzierżawił maleńki folwark z pięcioma, skromnymi pokojami, niewielkim ogrodem i biednymi czworakami. Urządzony przez ciotkę Lenę był przytulnym miejscem, w którym Zosia czas dzieliła na sztukę i bliskie kontakty z dziećmi z czworaków, wśród których miała też najlepszą przyjaciółkę. Obok prac gospodarskich, ciotka znajdowała czas na organizowanie przedstawień, grywanie jasełek i sztuczek patriotycznych z „Mojego pisemka” a nawet na inscenizowanie fragmentów Konopnickiej. Wychowanie w takich warunkach stało się podwaliną do całego życia Zofii Solarzowej. Obserwowanie ojca, który ze swymi arystokratycznymi krewniakami, owszem, spotykał się czasem, ale było to środowisko, w którym nie ożywiał społecznie, z którego wracał jakby z wyrzutami sumienia, że bywa w pańskich dworach, on, który całe dotychczasowe życie służył sprawie chłopskiej, ukształtowały też charakter Zosi. Lata w Zalesiu, jak wspomina Zofia były latami chłonności wszystkiego co ludzkie. To wtedy rozbudziły się w niej ciekawość życia, postaw, działalności, odczuć i sądów. Do zaleskich drzwi pukali chłopscy działacze, obecność których, lgnących do Władysława sprawiła, że ten wszedł do miejscowego Koła PSL Piast, a potem, po latach, przeszedł też do PSL Wyzwolenie. Przyszła pierwsza wojna światowa…

Nie ukrywam, że z dużym zainteresowaniem, śledzę te ścieżki ludowców, na których budowano uniwersytety ludowe. W pierwszym z prezentowanych Państwu tekstów, zachwyciłam się Józefą Bogusz Dzierżkową, jej nieocenioną prostotą i zaangażowaniem. Tak łatwo wyobrazić dziś sobie światło, które wnosili do wiejskich domów ci przekazujący prawdy oczywiste dziś, nowe wtedy. Podobnie Zofia Solarzowa, która w swoje życie wpisała również umiłowane kulturę i teatr, rozpoczynając oświecenie w Uniwersytecie Ludowym w Szycach.

Troską Solarzy było, aby każdy wykładowca, każdy gość, którego zapraszali, przekazywał treści istotne, świadczące o jego, wykładowcy, najważniejszej w życiu sprawie, by wnosił w życie uniwersytetu coś nowego i twórczego, choćby to był najskromniejszy człowiek. Każdy mówił o tym, co go najbardziej interesuje, czemu oddaje się z zamiłowaniem, na czym zna się dobrze i czym chciałby interesować słuchaczy.

Solarzowa mówiła młodzieży o kulturze i literaturze polskiej, uczyła w sposób prosty, dostosowany do kilkumiesięcznego kursu, wykładała o rodzinie. Tematem jej wystąpień byli ludzie młodzi, miłość, małżeństwo, potomstwo, stosunki rodzinne na wsi, podstawowa etyka społeczna i moralność. Prowadziła gimnastykę, organizowała uroczystości kładąc nacisk na ich domową atmosferę i poczucie jedności. I oczywiście ukochany teatr, w którym w postaci piosenek, pieśni, muzyki i tańcu przenikało się życie we wsi, i co pięknie definiowała, było cechą ludowości. Codzienność. Dla pełniejszego obrazu uniwersyteckich zajęć, przytoczę nazwy prowadzonych w nim wykładów: „Dzieje powszechne i Polski”, „Piśmiennictwo polskie”, „Przyroda” (dzieje Ziemi, życia, wszechświata), „Podróże”, „Gospodarstwo społeczne”, „Zagadnienia obywatelskie”, „Zagadnienia gospodarcze wsi”, „Kultura ludowa”, „Rodzina”, „Spółdzielczość”, „Zdrowie”, „Ruch ludowy”, „Mowa polska”, „Rachunki i rachunkowość”, „Śpiew”, „Zdobnictwo”, „Gimnastyka”. Podczas uniwersyteckich spotkań, padały słowa o tym, że ich uczestnicy zdolni są do wielkich osiągnięć, myślą, charakterem, sercem, rękami. Że człowiek nie uświadamia sobie w pełni swojej siły, własnej, osobistej i społecznej. Podnoszono człowieczeństwo na wysoki szczyt zdobywcy. Radzono opanowanie i przygotowanie do czynienia rzeczy wielkich, do określenia celu. Solarzowa o wykładach męża pisała: „To było tak, jakbyśmy uczestniczyli w improwizacji wielkiego dzieła sztuki, jakby twórca natchnął nas swoją myślą, wizją i żarem przekonania, zachwytu, piękności. Żyje jeszcze wielu słuchaczy naszego uniwersytetu i każdy zaświadczyć może o prawdzie moich słów.

Piękno wykładów Solarza jakby wykuwane było w granicie, budowane na ścisłym rachunku a czarujące prostotą, subtelnością, poezją pachnącej i kwitnącej ziemi. Budował zdania krótkie, proste, nie używał zbędnych słów. Jednym wyrazem, jednym zdaniem umiał wzruszyć, wzbudzić zainteresowanie, podnieść nasze głowy wysoko. Ale zawsze przedtem ukazywał nam małość pychy ludzkiej. Takie były jego wykłady w Szycach, takie na licznych kursach, na wyższych uczelniach i w szkołach różnego typu. Tą samą drogą prowadził na wspinaczkę analfabetów i ludzi nauki”.

W prowadzonych przez Solarzy uniwersytetach stosowano jedną, najważniejszą zasadę. Referaty wygłaszają (nie czytają) ci, którzy się na wygłaszanym temacie znają. Również słuchacze! Jeśli któryś ze słuchaczy był dobrym rolnikiem, mówił o sposobie gospodarowania, o brakach i planach, słowem o tym, czym żył. Inny mówił o uprawie lnu, jeszcze inny o samorządzie na wsi, ktoś o stosunku dzieci do rodziców albo o tym, co widzi w swojej wsi złego czy dobrego, co go boli w stosunkach domowych czy gromadzkich. Z zapisanych dziś tematów przytoczę kilka: „Czy konieczny jest rozdział Kościoła od państwa”, „Ziemia bez wykupu czy z wykupem”, „Gmina zbiorowa czy jednostkowa”, „Wyższość wytwórczości przemysłowej nad rolniczą?’, „Jak zainteresować młodzież pracą społeczną”, „Starzy i młodzi”. Przyznacie Państwo, że ponadczasowość tych tematów jest przyczynkiem do tego, by zatrzymać się i pomyśleć o wymiarze upływającego czasu…

Działalność Solarzowej przypadła również na czas analfabetyzmu, stąd część jej wykładów dotyczyła i poprawnej pisowni ale i poprawnego czytania. Co radziła swoim słuchaczom? Czytać na głos również poza kursami, w sypialniach, w świetlicy, a na wiosnę i w lecie – w ogrodzie. Naukę literatury opierała na okresie poprzedzającym romantyzm, swoje wykłady poświęcając pisarzom tworzącym pod wpływem pieśni ludowej ale również i na samym romantyzmie. Wspólnie ze słuchaczami czytała Księgi narodu i przelgrzymstwa polskiego, pozwalając by Mickiewicz wpływał na pracę nad sobą, na tworzenie obyczajów i wartości. Orzeszkowa, Prus, Konopnicka, Dygasiński pozwalali tworzyć przedstawienia teatralne w zbudowanym wspólnie „teatrze z głowy”. Dlaczego z głowy? Bo nikt nie napisał do tych przedstawień pełnego tekstu sztuki… W sposób przejmujący, zapadający w głowach i sercach, Zofia Solarz wybierała te a nie inne fragmenty literackich dzieł. Słowa Prusa mówiące o tym, że Pan Bóg nie liczy wszystkich potknięć człowieka, tylko chwile zwycięstw nad własną, ludzką słabością, pogłębiały myśli o tym, co jest wartością. Konopnicka, czytana częściowo, opowiadana w całości, wzruszała i pobudzała do myślenia o życiu chłopskim jako własnym, rodzinnym, pełnym krzywd niezawinionych, zmuszając do brania odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość wsi. Wreszcie, najnowsi pisarze: Żeromski, Zegadłowicz, Orkan, Tetmajer, Witkiewicz. Syzyfowe prace, Judym, Siłaczka…pamiętacie Państwo, że to na nich również opierała się Józefa Bogusz Dzierżkowa?

Ujmującym było poruszanie przez Solarzową spraw powszechnych, codziennych i budzących wstyd. Dotyczyły one wstydliwego okazywania sobie uczuć, ujawniania spraw osobistych, szczególnie dotyczących miłości. W wykładach o rodzinie, wspomagała się literaturą polską i światową. Biskup Benwenuto z Nędzników Wiktora Hugo, Sacco i Wanzetti z opowiadania Londona, Cham Orzeszkowej, Burmistrzanka Kasprowicza stawali się przyjaciółmi słuchaczy, krewniakami z ich rodzin. Podczas setek spotkań, Zofia nie taiła twardej prawdy o tym, że życie jest trudne, ludzie słabi, często źli, bo tak ich ukształtowały warunki bytowe i społeczne. Tłumaczyła, że takie otrzymali czasem dziedzictwo. Starała się jednak przede wszystkim pokazywać ludzi mocnych i opiekuńczych, przezwyciężających zło, dobrocią. Zawsze prawdziwych, realnych. W każdej dziedzinie życia i twórczości starała się ośmielić słuchaczy do samodzielności.

Potrząsała słuchaczami, chcąc zrzucić z nich wszystko to, co cudze, co narzucone czy przyjęte bezkrytycznie. Nie mogło być jednak inaczej, kiedy w spuściźnie po ukochanym, przybranym ojcu, usłyszała: „Będziesz dzielną kobietą. Pamiętaj, że szczęście człowieka mieści się głównie w tym, aby drugich uszczęśliwiać. Dbaj o szczęście i dobro bliźnich Twoich, a sama w szczęściu opływać będziesz. Nie samymi różami droga życia usłana, spotkasz na niej dużo cierni. Żyj prawdą i prostotą, a praca niech ci będzie ucieczką w ciężkich chwilach życia. Tulę drobinę moją do serca mego i błogosławię, i kocham, Ciebie i Was wszystkich i krówki i koniki i ptaszyny i trawy i grudki ziemi i ziarnka piasku i te gwiazdy, co świecą, i te promienie świetlane i te mroki nocne i góry i doliny. Wszystko mam w sobie.”

Ze swoją rodzoną matką, Zofia nie czuła bliskości. Wychowana poza krajem, nie rozumiała ścieżki, którą kroczyła Zofia. Szanowała pracę Solarza, imponował jej kulturą, inteligencją i autorytetem. W swych pamiętnikach, Zofia deklarowała jednak większą zażyłość i bliskość z rodziną społeczną, jej słuchaczami, kolegami, którzy jak ona tworzyli młody ruch ludowy, ludzie nauki, ludzie twórczy. Na pograniczu między tą dużą i wciąż powiększającą się rodziną a osobistym życiem Zofii, zawsze stała Ciocia Lena, wypełniająca pustkę po rodzonej matce, choć wypełniająca w klimacie zachowania własnej niezależności, wprost ciężkiej w zbiorowym współżyciu, które cechowało Zofię. Wychodzili z Solarzem dalej, i dalej. Związki Zofii z młodzieżą akademicką, z działaczami ludowymi, z Warszawą, otwierały Solarzowi drogę do kolejnych środowisk, PSL Wyzwolenie, ruchu robotniczego, środowisk demokratycznych, wiejskich i intelektualnych na nowym terenie, poza granicami Małopolski.

Tam, wchodził do zarządów organizacji spółdzielczych i młodzieżowych, od powiatów po zarządy główne. Jego wykłady na licznych kursach i uczelniach, jego mocne słowa w najważniejszych kwestiach dyskutowanych w kręgach demokratycznych ugrupowań, oddziaływały widocznie na wyzwalanie się ruchu ludowego z wpływów szlacheckich, mieszczańskich i inteligenckich. Z Szycami związał się warszawski świat nauki (Wolna Wszechnica Polska), profesorowie i młodzież studiująca. Na tym gruncie rosła społeczna myśl i wola. Uniwersytet gromadził ludowców światłych, wyzwolonych z zacofania i przesądów. Stawiało się w nim na radykalne reformy społeczne, takie jak ziemia dla chłopów bez wykupu, jak upaństwowienie wielkiego przemysłu, rozdział Kościoła od państwa. Na młodzież, na powszechną, dobrze zorganizowaną oświatę, na samorząd i spółdzielczość. Nie do przeceniania stały się drogowskazem i bardzo solidną podstawą moralną wielu istnień.

W literaturze znajdziemy dziś obecność Solarzowej i jej męża podczas spalskich dożynek prezydenckich: „Byliśmy współtwórcami dożynek. Ich inicjatorem, duszą, mózgiem i sercem był kolega Zygmunt Załęski, prezes Centralnego Związku Młodzieży Wiejskiej. Obaj z moim mężem wiele godzin spędzali nad włączeniem w plan dożynek wszystkich intencji młodego ruchu ludowego. Wtedy, na dożynkach w Spale zdałam sobie sprawę z siły naszego ruchu. Organizacyjnej i ideowej. Śpiewaliśmy, przygotowywaliśmy się do obrzędu, który miał wyrazić wszystko, co nam było najdroższe. Młodzież nie miała w sobie pretensji do życia, które przyjmowała bez żądań i rzekomo należnych jej praw używania tego życia. Byliśmy przejęci swoją rolą wyraziciela woli i żądań wsi”.

Kalendarz naznaczał działalność Solarzów. Przyszły czasy na zamknięcie niewygodnego i sięgającego swą marką poza Polskę Uniwersytetu Ludowego w Szycach. Zamykano uniwersytety, nie zamykano umysłów i woli. Skupiano je w młodym, chłopskim ruchu, duchu buntu i zamyśle budowy niezależnej, chłopskiej placówki wychowawczej. Na przekór czasom, zaszczepieni ideą, tworzyli nowe uniwersytety, i w Polsce, i za granicą. „Chłopski Uniwersytet w Szycach odroślą wychodzi wprawdzie spoza polskiej ziemi, z idei wielkiej skandynawskiego wychowawcy, Grundtwiga, ale tak wrósł korzeniem w polskiego gruntu glebę, że pokrój drzewa, które tu wyrosło, że kolor kwiatów, którymi do ludzi mówi, że kształt owoców wydanych są indywidualną wypowiedzią treści tutejszej ziemi, ducha wsi polskiej. Ludzie, którzy wypędzali nas z Szyc, nie wiedzieli, że wypędzeni, zbierzemy się w bardziej jeszcze zwartej gromadzie, na jeszcze groźniejszy bunt wobec wszystkiego, co tamuje ruch ludowy. Nie wznosiliśmy zaciśniętych w nienawiści i woli zemsty pięści. Nie sprzeciwialiśmy się złu, ale spletliśmy ręce, zjednani w jednej i drogiej nam nad wszystko sprawie mnożenia dobra. Tak było. Zaświadczą o tym tysiące chłopów, ludowców, wiciarzy, a także szczerych przyjaciół ruchu ludowego jako ruchu najistotniej społecznego, ludzkiego”. I tak, na budowaniu kolejnych i kolejnych miejsc, zjednywaniu kolejnych ludzi płynęło życie Solarzów.

Zofia twierdziła, że takie życie nie nauczyło ją myślenia gospodarskiego jej rodziny, bowiem przebywanie w internacie uniwersytetu dawało jej pełne zaspokojenie potrzeb osobistych, przenosiło troski o dom małej rodziny (pamiętać trzeba o śmierci córki Solarzów) na szersze rodzinne środowisko. Wszystko było wspólne, ich dzieci, mimo iż najbliższe sercu, rosły w gromadzie i pojmowaniu, że nasze – to wszystkich członków rodziny uniwersyteckiej. Dobrowolnie, i bez poczucia czynienia ofiary znosili te same biedy, kłopoty i braki, które odczuwali wszyscy chłopi. W roku 1936 odbyła się ich wymarzona i wytęskniona uroczystość podkładania wianków. Stary, odrodzony zwyczaj pełen poezji i symboliki, wyrażającej realną, chłopską myśl. Na budowie wyczekanego Domu w Gaci, jak zawsze, wspólnie, śpiewali: „Potocz się wianeczku…żeby się w tym domu darzyło, darzyło. Żeby w nim dla ludzi szczęście się rodziło…” i „Otwieramy twoje drzwi i okna na pola, na wieś, na Polskę i na szeroki świat”. A potem, potem Gacka Górka stała się miejscem, do którego prowadziło wiele dróg i wiele środowisk.

W literaturze tematu znajdziemy plejadę nazwisk i nieprzebraną różnorodność środowisk obecnych w Gaci a potem, z gacką mądrością i zachłannością świata, obecnych dalej, i dalej.

Solarzowa pisała: „Jakże byłabym szczęśliwa, gdyby tamta młodzież, w jakimś śnie czy zaklęciu, wyszła ogromnym tłumem naprzeciw dzisiejszej młodzieży, żeby tak te dwa pokolenia mogły sobie przekazać nawzajem swoją urodę, swój żar i zapał, swoje pieśni, a nade wszystko swój samodzielny dorobek – tamtych i dzisiejszych dni. Żeby moje wnuki mogły zobaczyć, usłyszeć, uszanować i pokochać tamtych chłopców i tamte dziewczęta, zaprzeczających wspaniałym rozkwitem swojej duchowej kultury – kłamliwej legendzie o chłopskiej „ciemnocie”. Gdybym tak mogła przyczynić się, choć w najskromniejszej mierze, do wykrzesania promyczka światła dla rozjaśnienia innej ciemnoty, niegodnej dzisiejszego czasu: mieszczańskiej, miejskiej, inteligenckiej!” Sama Zofia, najlepsze swoje na ludzi oddziaływanie widziała w piosence, pieśni i inscenizacji. Ze skłonnościami do teatru kameralnego, do skupiania ludzkiej uwagi, lubiła koncentrować i wciągać w głąb obrazu. A inscenizowała to, co przynosiło życie. Pisała więc setki wierszy i piosenek. Każdą, wspólną myśl, sprawę, pracę zbierała w słowa i wynosiła na chłopską scenę. Grywali Jasieńskiego, Witkiewicza, Orzeszkową, Siemionowicza i Kasprowicza. Grywali u siebie, w Gaciach i podczas występów wyjazdowych.

Przyszła druga wojna światowa a ruch ludowy zszedł do podziemi i powołał wojsko chłopskie – Bataliony Chłopskie. Powstała także konspiracyjna organizacja Ludowy Związek Kobiet, który poprzez swój Wydział pod nazwą Zielony Krzyż prowadził sanitariat Batalionów Chłopskich i otaczał opieką żołnierzy tego chłopskiego wojska. Zofia sama, bez męża (zabranego przez gestapo), prowadziła wiele zebrań i krzepiących spotkań. W polach, izbach, uczono się pieśni partyzanckich, konspirowano. Wiciarze i wiciarki pracujący zawodowo w spółdzielniach „Społem” lub wchodzący w skład ich kierownictwa, przechowywali dziesiątki ludzi cennych dla kraju. Pisarzy, działaczy, naukowców. Wiele lat później, Solarzowa ubolewała, że za mało wiedziało się o tym, że wszędzie tam, gdzie był żywy ruch ludowy, cała ludność chłopska żyła sprawą konspiracji. O tej masowości ruchu świadczyły też uroczyście obchodzone Święta Ludowe w dniach Zielonych Świątek. W okupowanym kraju, mimo niebezpieczeństwa, zbierały się tłumy ludzi. Drogami, ścieżkami, bezdrożami i polami, jechali na polanę obstawioną przez żołnierzy Batalionów Chłopskich. Były przemówienia, inscenizacje i recytacje, wspólny choć cichy śpiew. Wszystko po to, by jak wspomina Zofia Solarz, poczuć tam, na polanach, wolną Polskę.

Kolejny dom, kolejny uniwersytet, który po wojnie zorganizowała Zofia mieścił się w Handzlówce. W tym miejscu, nieocenionym dla współpracy było Koło Młodzieży Wiejskiej „Wici”.

I tu, Solarzowa prowadziła w założonym przez siebie dziecińcu, wykłady przedmiotów pedagogi-cznych i praktyki przyszłych przedszkolanek. Nie mieszcząc się ze swym temperamentem i radością życia, zabierała swych słuchaczy do lasu, gdzie w naturalnej scenerii organizowała próby i widowiska. Potem, po latach, pisała w swym pamiętniku, że nie mogli się dosyć naśpiewać, tak, jakby chcieli wyśpiewać bunt przeciw okupacji i radość z jej końca.

Wreszcie, Brus koło Łodzi. Ośrodek wydzielony z majątku miejskiego w Brusie, należącego do Łodzi. Ten etap życia i to nowe miejsce (robotniczą Łódź), Zofia powitała słowami „Tyle pieśni, tyle słów, tyle mózgów, tyle rąk, tyle serc jednym rytmem bijących. Tworzy nowy nasz świat, niesie pokój i ład, pod sztandarem czerwienią płonącym”.

Na nowo osiedlona, ogłosiła pierwszy kurs Uniwersytetu Ludowego Teatralnego w Brusie. Zwróciła się do środowisk wiejskich i robotniczych.

Zajęcia poszerzyła o przedmioty artystyczne ale także przygotowujące do pracy w świetlicach i domach kultury, do organizowania życia kulturalnego, bo bibliotekarstwa. Przede wszystkim jednak, do tak jej bliskiego oddziaływania na ludzi poprzez wszelkiego rodzaju inscenizacje. Tworząc kolejne miejsca, organizując, integrując, Zofia starała się dobierać do współpracy z sobą ludzi obdarzonych przez naturę cechami i wartościami, których jej brakowało. Szanowała i uznawała wyższość ludzi, wyższość nad sobą. Zespalanie wysiłków ludzi wartościowych było jej pasją. I jak wiele jej dzieł, również Brus został zlikwidowany i choć to naprawdę zadziwiające, nie był ostatnim dla Zofii miejscem tworzenia nowego. Czekał na nią Biały Dunajec i Dom Ludowy, do którego budowy porwała okoliczne wsie. I tu, rozwijała teatralne skrzydła, da

jąc występy w Zakopanem, Kościelisku, Bukowinie, Rabce, Nowym Targu i wielu miejscowościach Podhala.

Gdziekolwiek nie mieszkała, działała, żyła, w Szycach, Gaci czy Brusie, miała w swoich gromadach zwyczaj dziękowania sobie po posiłkach, czasem też przy pożegnaniu, podając sobie ręce w kole. Wszystkie ręce jednocześnie łączył uścisk. Tak, jak w tytule jednej z książek Marii Dąbrowskiej „Ręce w uścisku”, tak też zakończyła swój pamiętnik, podając ręce ludziom najbliższym, oni znów najbliższym sobie, tworząc ogarniające świat koło braterstwa.

Materiał opracowała: Maria Kaczorowska

W materiale wykorzystano dostępną literaturę: Skalni Ludzie, Zofia Solarzowa; Do niebieskich pował. Śpiewnik młodzieży wiejskiej; Mój pamiętnik, Zofia Solarzowa; Sami tworzymy teatr, Zofia Solarzowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *