Jan i Marian Majkowie, żołnierze Batalionów Chłopskich, ofiary zbrodniarzy niemieckich.

II wojna światowa dotknęła zbrodniczą ręką również rodzinę Majków z Wylezina (powiat rycki). Powodem przybycia Niemców do Majków nie było wykrycie działalności konspiracyjnej, tylko donos jednego z mieszkańców Wylezina.

Antoni i Marianna Majkowie dochowali się czterech synów: Wacława, Mariana, Jana i Henryka oraz czterech córek: Stanisławy, Zofii, Leokadii oraz Wiktorii. Jeszcze przed wojną pobudowali dom i zabudowania gospodarcze wraz z kuźnią na ziemi gromadzkiej, podarowanej przez mieszkańców Wylezina. W zamian za otrzymaną ziemię Majkowie świadczyli usługi kowalskie mieszkańcom wsi.

Z Rzeszy do Wylezina

Najstarszy syn Wacław (ur. 1910 r.) pracował w fabryce w Warszawie. Przed wybuchem wojny jeden z pracujących z nim Niemców dostał powołanie do służby wojskowej. Przed powrotem udało mu się namówić Wacława Majka, aby pojechał razem z nim. Podjął tam pracę w fabryce samolotów, gdzie pracował do końca wojny.

Jan Majek (ur. 1916 r.) brał udział w wojnie obronnej w 1939 r. i dostał się do niewoli niemieckiej. Wywieziony do Rzeszy jako przymusowy robotnik, zatrudniony został w fabryce. Po blisko dwóch latach pracy, wraz z kolegą – przymusowym robotnikiem z okolic Łodzi – postanowił uciec. Próbę podjęli w dzień obchodzonego w Rzeszy święta, licząc na to, że zajęci uroczystościami Niemcy zmniejszą czujność. Zwykłym pociągiem, udając niemieckich pasażerów, dojechali do granicy z Generalną Gubernią. Ucieczka powiodła się. Bez najmniejszych problemów dotarli do granicy, przedostając się do Polski. Jan powrócił do rodzinnego Wylezina, gdzie z Marianem (ur. 1921 r.) nadal zajmował się prowadzeniem kuźni.

Obaj bracia wstąpili w szeregi Batalionów Chłopskich. Ich głównym zadaniem było naprawianie i dorabianie metalowych elementów broni. Natomiast części drewniane były naprawiane w stolarni braci Pudłów, również należących do BCh. Te chwile Józef Pudło wspomina w następujący sposób: – Stałem na warcie, a dwóch moich starszych braci, Bronisław i Aleksander, będący z zawodu stolarzami, dorabiało drewniane przykłady [kolby – KP] do broni. Potem przewożone były do kuźni braci Majków.

Poszukiwanie broni

12 marca 1944 r. oddział żandarmerii niemieckiej z Dęblina pod dowództwem „krwawego kata” Petersona przybył do Kłoczewa, gdzie dołączyło do niego czterech żandarmów niemieckich zakwaterowanych na plebanii. Po okolicy rozeszła się wieść o przybyciu hitlerowców do Kłoczewa z zamiarem przeprowadzenia większej akcji. Nikt jednak nie wiedział, do której wsi wyruszą i komu zakłócą spokój. Na pewno nie spodziewała się tego rodzina Majków.

Po latach Celina Kowalczyk tak wspomina rozmowę z Leokadią Pudło z domu Majek (siostrą Jana i Mariana): – Gdy wieczorem w niedzielę, 12 marca, do domu wrócił Marian, Leokadia pełna obaw i przeczuć powiedziała: „Niemcy w Kłoczewie, a wy siedzicie w domu”. On na to: „Lodziu, co ja jestem winien, czego mam uciekać?”. Był przekonany, że nie odkryto ich konspiracyjnej działalności. Tak samo zareagował Janek.

Po opuszczeniu późną nocą Kłoczewa Niemcy skierowali się w stronę Janopola. Za przewodnika obrali sobie Bronisława Piątka, który poprowadził ich do Wylezina. Zaczęli od rewizji w domu Konopków. Był poniedziałek, 13 marca, rano. Te straszne chwile opisuje C. Kowalczyk w następujący sposób: – Jak do nas przyszli, zrobili rewizję w całym domu. Zaglądali do łóżka i do szybra przy kominie. Męczyli mnie pytaniami: „Gdzie ma ojciec broń?”. Odpowiadałam: „Nie widziałam żadnej broni”. Za jakiś czas jeden z Niemców przynosi karabin i mówi: „Patrz! Mówiłaś, że ojciec nie ma broni, a znaleźliśmy”. Ja mówię: „Chyba że ktoś podłożył”. Celowo mi broń pokazali, że coś powiem. Zrewidowali wszystko, również całą stodołę i oborę. Gdzie tylko mogli, tak szukali.

Bestialski mord

Zaraz po tej rewizji hitlerowcy skierowali się do domu Majków. Obok, w drugim domu, mieszkała Leokadia z mężem Aleksandrem i kilkuletnim synem Bogdanem. Sposób przeprowadzenia rewizji wskazywał, że była wcześniej zaplanowana – Niemcy nie przeszukiwali domu Pudłów, jakby wiedząc, że niczego nie znajdą. Rozkazali jedynie nie wychodzić i nie wstawać z łóżka. Wtargnęli natomiast do mieszkania Majków, skąd wyprowadzili Jana i Mariana. Podczas rewizji prawdopodobnie znaleźli tylko leżący w stercie złomu element starej broni z czasu I wojny światowej.

Mariana zaciągnęli do obory, nakazując wydanie rzekomo ukrywanej broni. Chwilę później został zastrzelony. Natomiast Jana zaprowadzili do kuźni, wykręcili mu ręce do tyłu i przywiązali do imadła kowalskiego. Po pewnym czasie rodzina usłyszała w domu 2-3 strzały. Przed zastrzeleniem poszczuto go psem.

Niemcy opuścili zabudowania rodziny Majków, nie znajdując żadnej broni. Ciała pomordowanych pochowano na cmentarzu parafialnym w Kłoczewie. Z żalu i rozpaczy po utracie synów Marianna Majek wkrótce popadła w obłęd. Po śmierci synów, odwiedzała ich groby na cmentarzu przynosząc wciąż im posiłki. Zmarła w 1967 r.

        Jan i Marian Majkowie

Opr. na podst. wspomnień: Józefa Pudło, Cecylii Kulik, Cecylii Kowalczyk oraz Janiny Siwek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *