Oni ocalili Londyn… Akcja Most III.

Rakieta nadleciała z południa, po czym z hukiem wpadła do Bugu tuż za wsią Sarnaki. Był 20 maja 1944 roku. Niedługo potem na miejscu pojawili się powiadomieni przez chłopów partyzanci. Zamaskowali trzytonowy pocisk i zaczęli strzec go jak oka w głowie. W tym samym czasie Niemcy nerwowo przeszukiwali okolicę. W końcu zaginęła im rakieta V2, prototyp cudownej broni, która miała odwrócić losy wojny! Szukali bezskutecznie. Osiem dni później jeden z miejscowych gospodarzy sprowadził na miejsce konie. Rakieta została wydobyta, przetransportowana do jego stodoły i rozłożona na części. Najważniejsze z nich trafiły wkrótce do Warszawy. Tak rozpoczęła się jedna z najbardziej spektakularnych operacji w dziejach polskiego podziemia.

…………………………………………………..

Odpalenie rakiety V2 W ośrodku badawczym w Peenemünde, 21 czerwca 1943 roku (fot. ze zbiorów Bundesarchiv)

,,Big Ben” to kryptonim operacji wywiadu brytyjskiego, której celem była rekonstrukcja  rakiety V2. Był to pierwszy rakietowy pocisk balistyczny w historii, na ówczesne czasy jedna z najnowocześniejszych broni. Naziści pracowali nad jej konstrukcją już od połowy lat trzydziestych, przeznaczając na badania ogromne środki finansowe. Do produkcji pocisku wykorzystano więźniów obozów koncentracyjnych, z czego aż 12 tysięcy umarło w trakcie prac. Pocisk miał być dla Hitlera jedną z kluczowych broni, która miała posłużyć do ataku na Wielką Brytanię. Pędzący z prędkością ponaddźwiękową V2 był pierwszym na świecie, który zdołał przekroczyć granicę przestrzeni kosmicznej.

Po zbombardowaniu przez aliantów głównego ośrodka badawczego w Peenemünde na wyspie Uznam, naziści przenieśli produkcję broni w różne miejsca na terenie Polski. Na miejsce jej testowania wybrano poligon w niewielkiej wsi Blizna (gm. Niwiska, obecnie województwo podkarpackie), którą wcześniej wysiedlono. „Dobra SS. Obóz Puszczański” („SS Gutsbezirk Heidelager”) z siedzibą w Pustkowie został utworzony rozkazem Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych Rzeszy z 21 grudnia 1939 roku. Wkrótce Niemcy przystąpili do usunięcia ludności ze wsi znajdujących się na jego terenie. Zostały one podzielone na dwie strefy. Do pierwszej zaliczono te wsie, których ludność miała być wyrzucona z domów i przepędzona poza ich granice. Termin opuszczenia siedzib był bardzo krótki.

fot. W Gąsiewski

W tych wsiach uprawiane dotąd pola zamieniono w większości na ugory. Do drugiej strefy należały wsie, z których ludność wysiedlono w późniejszym terminie. Tu nie niszczono już zabudowań. Ponadto Niemcy zezwolili na pozostanie na miejscu tym rodzinom, z których przynajmniej jedna osoba pracowała dla poligonu. Pozostawionym na starym miejscu rodzinom zezwolono na uprawę działek przyzagrodowych. Do końca roku 1940 wysiedlono mieszkańców Leszcz, Huciska, Przyłęka oraz częściowo Kosów i Siedlanki. Przy czym, w drodze wyjątku, zezwolono na pozostawienie budynków w Leszczach. W kwietniu 1941 roku wysiedlono wieś Niwiska (liczącą ponad 1200 mieszkańców) oraz Hucinę z Żabieńcem, Trześń i Zapole.

Transport rakiety V-2 kolejką wąskotorową

Pod koniec lata 1943 r. polski wywiad AK i BCh zaobserwował wzmożony ruch. Od pobliskiej stacji kolejowej, Kochanówki zaczęto budować bocznicę kolejową do Blizny, cały teren objęto wzmożonymi patrolami SS, a wkrótce ogrodzono podwójnymi, a następnie potrójnymi zasiekami z drutu kolczastego. Przy ogrodzeniu dość gęsto ustawiano tablice z napisem: „Sperr Gebiet – Lebens Gefahr”. Rewir leśny Blizna specjalnym zarządzeniem został wyłączony z leśnictwa w Niwiskach i dostęp do niego stał się niemożliwy. Było to już w pierwszej dekadzie listopada 1943 r. Przy użyciu więźniów z pobliskiego obozu w Pustkowie zaczęto budować betonowe drogi, w tym do Pustkowa, rampy wyładowcze i fundamenty pod wyrzutnię. Do Blizny transportowano wciąż materiały budowlane, maszyny i obrabiarki, rozpoczęto też budowę hal. Na terenie pojawiało się także więcej SS-manów, a także dziwnie tu wyglądających cywilów oraz coraz liczniejsze oddziały Wehrmachtu z czerwonymi typowymi dla artylerzystów wypustkami na mundurach. Wkrótce na terenie uprzednio spalonych domów zbudowano całą atrapę wsi, stawiano chaty i zabudowania z dykty, na ogrodzeniach wieszano garnki lub pościel, w ogródkach umieszczono sztuczne kwiaty, a w pobliżu domów gipsowe zwierzęta, a nawet gipsowych ludzi.

Demontaż i sprawdzanie części rakiety V-2

Jesienią 1943 r. na teren Blizny zaczęły przybywać m.in. transporty cystern oraz na długich torach kolejowych foremne ładunki szczelnie zakryte brezentem. Cały teren otrzymał nazwę „Artileriezielfeld-Blizna” czyli poligon artyleryjski Blizna oraz kryptonim „Frieda”. Zakaz wstępu na ten teren obejmował również oddziały SS zarządzające obozem w Pustkowie. O tym wszystkim donosił wówczas wywiad AK, czemu Niemcy usiłowali przeciwdziałać, gdyż jesienią 1943 r. nastąpiły masowe aresztowania mężczyzn, Polaków w całej okolicy, którzy zostali wywiezieni w nieznanym kierunku. Zostali oni uwięzieni prawdopodobnie w obozie w Pustkowie, gdzie utworzono komando robocze pod nazwą „Blizna”.

Szkic sytuacyjny poligonu Blizna wg relacji Bogusława Letkiewicza

Z analizy różnych planów i szkiców poligonu w Bliźnie wynika m.in., że do wewnątrz ogrodzonej zasiekami kolczastymi strefy poligonu prowadziła betonowa droga biegnąca z Pustkowa (jej fragmenty zachowały się do dziś) oraz bocznica kolejowa ze stacji Kochanówek, gdzie znajdował się obóz koncentracyjny. Dróg w okolicy było więcej, m.in. do wsi Rzemień i Niwiska. Relacje i szkice mówią też o rampie wyładowczej. Na poligonie znajdowała się wyrzutnia, określana także jako rampa startowa do wystrzeliwania latających bomb V-1, której pozostałości istnieją do chwili obecnej. Obok tej wyrzutni znajdował się, zachowany do dziś niewielki schron obserwacyjny.

Zachowane betonowe podstawy i płyta wyrzutni V-1 oraz schron obserwacycjny fot_ W. Gąsiewski

W centralnej części poligonu znajdowało się również stanowisko startowe rakiet V-2, ale poza tym Rakiety te startowały jeszcze w innych miejscach. Na terenie ogrodzonym znajdowała się także hala montażowa-hangar. Była to budowla drewniana, postawiona na betonowych podstawach, które również zachowały się do dzisiaj. Na szkicach widać też baraki dla dowództwa i załogi, z tego trzy wewnątrz poligonu i trzy przy wjeździe na jego teren, które zapewne pełniły funkcje wartownicze.

Betonowe fundamenty do nieistniejącej już dziś hali montażowej

Przed startem latających bomb nadlatywał w podrzeszowskiego lotniska w Jasionce niemiecki szybki samolot typu FW-189, który krążył nad poligonem, a po starcie rakiety leciał jej śladem i ją obserwował. Większość pocisków, ok. 90% spadała na terenie oddalonym o ok. 5 km, w okolicy Niwisk. Ich części zbierali okoliczni mieszkańcy przekazując najczęściej pracownikom leśnictw, a ci z kolei ruchowi oporu. Było to bardzo niebezpieczne zajęcie, gdyż cały teren był szczególnie chroniony przez wywiad z Abwehry i SS. Jednym z najbardziej niebezpiecznych ich funkcjonariuszy był Haupsturmführer SS Albrecht, który pewnego razu zauważył w jednym z gospodarstw robotników leśnych blaszane części rakiety znalezione przez gospodynię w lesie, a służące jako poidło dla kur. Wówczas wywołał z domu tę kobietę i na oczach nieletnich dzieci ją zastrzelił.

Części rakiet V-2 i latających bomb odnalezione w okolicach poligonu Blizna2

W działania wywiadowcze w rejonie Blizny i współpracę z AK włączyli się miejscowi konspiracyjni żołnierze BCh, którzy byli pracownikami leśnymi, a wśród nich Piotr Kluk „Orzech” – kierownik gminnej trójki „Rocha”, Michał Kasza – gminny komendant BCh z Niwisk i Józef Świder. Na zlecenie zastępcy komendanta kolbuszowskiego obwodu BCh, Stanisława Kosiorowskiego ps. „Zarzycki” mieli mu przekazywać informacje na temat poligonu Blizna oraz startujących i spadających rakiet. Na terenie poligonu Blizna, który w organizacji „Rocha” i BCh w powiecie kolbuszowskim nosił kryptonim „Owoc”, działał pluton BCh, kryptonim „Bór”, którego dowódcą był kpr Zygmunt Jemioło „Dynak”. Funkcję łącznika z placówką BCh w Kolbuszowej Górnej, a następnie AK pełnił m.in. Julian Polek „Apoloniusz”. Nie obyło się też bez ofiar wśród należących do ruchu oporu chłopów, np. w przysiółku Poręby Hucisko w powiecie kolbuszowskim gestapowcy 20 maja 1944 r. aresztowali Józefa Świdra – przewodniczącego trójki gromadzkiej „Rocha”, który rozbierał część upadłej rakiety.  Józef Świder zginął w obozie w Pustkowie. BCh prowadziły także i w tym terenie akcje o charakterze zbrojnym i sabotażowym, np. działający w kolbuszowskim oddział partyzancki „Burza”, który sformowany został z chłopów z wysiedlonych przez Niemców miejscowości, w tym Blizny, latem 1943 r. zniszczył granatami w rejonie Blizny niemiecką koparkę torfu. Role wywiadowcze pełnili także więźniowie Komando „Blizna”, jednym z nich był Stefan Świderski „Chrobry”, który był świadkiem pierwszych prób z rakietami. Meldunki przekazywał w formie grypsu matce, a ta oddawała je sierż. Bernardowi Haraczowi.

Części rakiet V-2 i latających bomb odnalezione w okolicach poligonu Blizna

20 maja 1944 r. jedna z rakiet V-2 spadła nad brzegiem rzeki Bug w okolicy wsi Kózki i Sarnaki. Zaryła się w bagnach. Została zabezpieczona przez miejscowy oddział Batalionów Chłopskich z pobliskich Niwisk pod dowództwem Michała Kaszy. Żołnierze zamaskowali wystające z wody części rakiety. Po kilku dniach w nocy 28 maja gospodarz nazwiskiem Czuryłło ze wsi Klimczyce sprowadził kilka koni i z pomocą partyzantów niewypał został wyciągnięty i ukryty w chłopskiej stodole. Tam ważąca ok. 3 tony rakieta została rozmontowana. Był tam kluczowy element (aparat nadawczo-odbiorczy), który mógł posłużyć do zbudowania własnej radiostacji w celu przekierowania lotu rakiety.  Ten i inne ważne podzespoły przewieziono do Warszawy. Tam po skompletowaniu najważniejszych części oraz wykonania rysunków i fotografii cały materiał postanowiono wysłać samolotem do Wielkiej Brytanii. W tym celu najpierw przetransportowano go w okolice Tarnowa. Części rakiety V-2 ukryto w butlach tlenowych, które przewieziono autem z Warszawy do Tarnowa i zdeponowano w budynku, który stał tu w miejscu obecnego dworca.

Akcja Most III przeprowadzona została w nocy  25 / 26 lipca 1944r. Do jej wykonania wyznaczono 267 Dywizjon RAF. Samolot Dakota (KG-477 „V”) wystartował z lotniska Campo Casale we Włoszech o godzinie 19:28. Sterował pilot RAF-u, Nowozelandczyk George Culliford, a towarzyszyło mu trzech innych członków ekipy:
drugi pilot – porucznik Kazimierz Szrajer z 1586 Eskadry Specjalnego Przeznaczenia
nawigator – flying officer J.P. Williams
radiooperator – flight sergeant J. Appelby

Lot miał kryptonim „Wildhorn III”- ,,Most III’’. Do zapadnięcia zmroku Dakota była eskortowana przez Liberatora B-24 ze 1586 Eskadry Specjalnego Przeznaczenia KG-827 „U” pilotowanego przez Bolesława Korpowskiego. Pierwotnie do tego zadania wyznaczone zostały dwa B-24 jednak jeden z nich z powodów technicznych nie wystartował. 23 minuty po północy Dakota wylądowała na lądowisku „Motyl”, które znajdowało się pomiędzy wsiami Wał-Ruda, Zabawa i Jadowniki Mokre w pobliżu Tarnowa.

Operacja Most III polegała na przewiezieniu z Brindisi we Włoszech do naszego kraju kurierów i działaczy Polskiego Państwa Podziemnego: Kazimierza Bilskiego, Leszka Starzyńskiego, Bogusława Ryszarda Wolniaka i chyba najbardziej dziś znanego, Jana Nowaka Jeziorańskiego, późniejszego dyrektora Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Po dotarciu na miejsce, miano w zamian zabrać na pokład innych ważnych działaczy: Tomasza Arciszewskiego, Józefa Retingera, Tadeusza Chciuka i Czesława Micińskiego. Planowanym uczestnikiem był Antoni Kocjan – wybitny konstruktor samolotów i szybowców (były więzień Auschwitz-Birkenau, nr obozowy 4267), który czynnie uczestniczył w opracowywaniu właściwości rakiety i miał osobiście dostarczyć elementy zdobytej 20 maja 1944 wraz z dokumentacją do Wielkiej Brytanii. Nie miał szansy –  jeszcze w czerwcu 1944 roku został schwytany i uwięziony na Pawiaku, a następnie zamordowany dwa miesiące później. Zastąpił go Jerzy Chmielewski ps. „Rafał” (także były więzień Auschwitz-Birkenau).

Dakota należąca do 267 Dywizjonu RAF, przy jej pomocy przeprowadzono akcję Most III

Start samolotu z lądowiska pod Tarnowem nie odbył się bez przeszkód. Podmokły grunt sprawił, że samolot zakopał się w nim. Dwie próby ruszenia maszyny zakończyły się niepowodzeniem. W zaistniałej sytuacji rozważano zniszczenie samolotu. Po rozładowaniu maszyny, podkopano koła i podłożono pod nie deski, po ponownym załadunku Dakota z powodzeniem wzbiła się w powietrze. Ponieważ w trakcie prób uwolnienia samolotu uszkodzono przewody hydrauliczne, po starcie załoga nie mogła schować podwozia, udało się to dopiero podczas przelotu nad Tatrami.
We Włoszech samolot wylądował o 5:43 nad ranem. Cała akcja, łącznie z pobytem na ziemi w Polsce trwała 10 godzin i 15 minut. Operację zabezpieczał oddział AK „Urban”, w którym był m.in. Adam Gondek. Dowódcą zabezpieczenia lądowiska „Motyl” był kapitan Władysław Kabat ps. „Brzechwa”. W sumie całą akcję zabezpieczało ponad 400 osób.

Akcja, począwszy od zdobycia niewybuchu rakiety, przewiezieniu jej do Warszawy, a następnie do Tarnowa, a potem przez Włochy do Londynu przeszła do historii II wojny światowej i została uwieczniona w literaturze i w angielskim filmie pt. „Oni ocalili Londyn”. Pozwoliła ona uratować wiele istnień ludzkich, choć nie jest odpowiednio jeszcze doceniona i upamiętniona. Dzięki niej pod koniec wojny Brytyjczycy dysponowali pełną wiedzą o V-2. Czy potrafili ją odpowiednio wykorzystać? W wyniku nalotów z użyciem V2 zginęło ponad 7 tysięcy osób w Wielkiej Brytanii, Francji i Holandii, jednak wiele rakiet chybiło celu. Czy zdobyty przez Michała Kaszę aparat nadawczo-odbiorczy rzeczywiście posłużył Brytyjczykom do zbudowania własnej radiostacji i przekierowywaniu torów lotu pocisków? Tego już się nie dowiemy.

…………………………………………………………

Różne były losy ludzi, którzy wzięli udział w Operacji Most III.

Pomnik Akcji III Most wieś Zabawa

Nowozelandczyk George Culliford, pilot, który nie był bezpośrednio związany z Polską, za swoje zasługi otrzymał Order Virtuti Militari. Wraz z żoną przyjechał w 1974 roku do Polski, by spotkać się z członkami polskiego podziemia, którzy brali czynny udział w zdobyciu pocisku V2 i przekazaniu go dalej. Zmarł w wieku 81 lat w 2001 roku.

Michał Kasza otrzymał podziękowanie od Komendy Głównej Armii Krajowej…

…………………………………………………………….

Wspomnienia Zdzisława Baszaka (zastępcy dowódcy akcji):

Zdzisław Baszak

,, Po przybyciu, w ciągu krótkiego czasu wszystko zostało zorganizowane: ubezpieczenie, łączność, kwatery, podwody – wszystko było gotowe. Zaczęli nadjeżdżać goście, nadeszła niedoceniona poczta. Stan gotowości do przyjęcia samolotu osiągnęliśmy bardzo szybko. Tak się zaczęły dni oczekiwania, dni trudne, kłopotliwe i niebezpieczne dla pomyślnego wykonania, bardzo ryzykownego zadania i niezwykłej akcji. Nastała pora opadów, parodniowy deszcz spowodował rozmiękczenie terenu. Rozmokłe łąki nie nadawały się teraz do lądowania, a czas działający wybitnie na naszą niekorzyść, przeciągał się. Wydawało się, że nie będzie końca denerwującego oczekiwania. Gońcy jeździli tam i z powrotem, radio podawało, że samolot nie startuje, bo „Włodek” odpowiedzialny za przyjęcie samolotu wie dobrze, że lądować można, ale start nie wyjdzie absolutnie, z uwagi na rozmokły teren. Więc czekaliśmy dalej. Wreszcie koniec deszczu, zaczyna świecić słońce, ale łąki wilgotne i miękkie, a nawet pokryte lekko wodą. Czekamy dalej. Czas płynie, nerwy coraz to bardziej ponoszą, dwadzieścia dni lipca za nami, w końcu jak długo jeszcze? Byłem bezpośrednio odpowiedzialny za odbiór i załadunek ludzi i sprzętu. Mnie bezpośrednio podlegała tak sekcja dywersyjna z Przybysławic, jak i oddziały ubezpieczenia, a przede wszystkim odwód zgrupowania i absolutnie nic nie wiedziałem np. o zabezpieczonych przeprawach przez Wisłę. Wiedziałem dobrze, że możliwości przeprawy były minimalne. Ukryta łódź rybacka mogąca zabrać 2 osoby, to żadna przeprawa, a w dodatku w nerwowej atmosferze, ludzie nieobeznani z taką łódką – to pewna kąpiel w Wiśle. Alarmowanie oddziałów należało do mojego zastępcy ppor. Mieczysława Skrzeka. On ustalał czas akcji, hasło i odzew. Wszelkie ruchy oddziałów, dojazdy, dojścia, wykonywano w absolutnej ciszy z zachowaniem maksymalnej ostrożności. Palenie papierosów, latarek, rozmowy, były surowo zabronione. Obowiązywała absolutna cisza. Koniec akcji nastąpił 20 minut po odlocie samolotu. W czasie trwania oczekiwania na przylot, a więc w okresie ponad 2. tygodni co absolutnie nie było przewidziane, wynikło szereg przeszkód i komplikacji, które poddały Kierownictwo trudnemu egzaminowi (…).

Najpierw coś nawalało w Brindisi, później wystąpiły u nas w Polsce deszcze. Z upływem czasu napięcie nerwowe rosło, zaś największe niemiłe niespodzianki oczekiwały nas w ostatnich dniach. Około 20-ego lipca, tuż koło osady Budźbowa, a więc przy mojej II-giej kwaterze, w pobliżu planowanego lądowiska, roztrzaskał się samolot węgierski, uszkodzony nad linią pobliskiego frontu. Załoga samolotu zginęła, znaczna część samolotu została całkowicie zniszczona. Nie było co zbierać. Na szczęście Niemcy się tym specjalnie nie przejęli, i na Tuż po tym, jeszcze nie zdążyliśmy odetchnąć, gdy na „nasze lądowisk” przyleciały „Storchy” (niemieckie samoloty). Rozpoczęło się ich lądowanie i starty. Zaskoczenie dla nas było całkowite. Zacząłem myśleć, co z nimi zrobić, wypłoszyć, zniszczyć? Gdy już prawie ustalono, że ich odsuniemy przymusowo na bok w noc lądowania albo zniszczymy wieczorem 24. lipca, wtedy odleciały.

Wreszcie 25 lipca radiooperator „Gapa” odebrał sygnał z Brindisi, że po południu samolot do nas wystartuje.

Ta wiadomość stawia wszystkich na nogi. – ALARM – Nareszcie załatwimy sprawę i odejdziemy na chwilowy odpoczynek, bo byliśmy zmęczeni i mieliśmy wszystkiego tego dość. Tymczasem po południu łącznik z miejscowości Wał-Ruda wpada na naszą kwaterę z wiadomością, ze do wsi przybył jakiś oddział lotników niemieckich z reflektorem i armatkami. To było naprawdę godne zaskoczenia całości. Dramatyczna kotłowanina w głowie, zamęt i całkowite zaskoczenie dowództwa. Co teraz? Jak wykonać zadanie? Co robić??? Powstał pomysł zmiany terenu – pola lądowania, ale w końcu i to odpadło. Czas szybko płynął, wreszcie po otrzymaniu meldunku że Niemcy zmęczeni chodzą po terenie szkoły i nie zdradzają objawów pogotowia, nie interesują się specjalnie niczym, nie zajmują stanowisk przeciwlotniczych, postanowiliśmy nie zmieniać planu, a jedynie przygotować się na odparcie ewentualnego ataku. Noc była dość pogodna i cicha, dobrze ciemno. Długo pozostał w pamięci nastrój nerwowy, podniecenie, niepewność co przyniosą najbliższe godziny. Wszędzie wokół cisza, z dala słychać rechot żab, szczekania psów, wszędzie ciemno. Obowiązuje przecież zaciemnianie. Wiozę Arciszewskiego (premier RP) i Rettingera, droga słabo widoczna, obawiam się, czy trafię na most na rzece Kisielinie. Bryczka kołysze się na wybojach, aby się tylko nie wywalić. Nie słychać terkotu kół, gdyż droga miękka, polna, często zjeżdżam na łąkę, słychać tylko głośny oddech koni, rwących do przodu. Z trudem trafiam w pobliże miejsca lądowania, kierowany jestem wskazówkami obok siedzącego członka sekcji dywersyjnej.

Ostatni niewielki odcinek drogi przebywamy pieszo. Po niewielu minutach nadchodzą meldunki, że ludzie osłony są na stanowiskach, bezpośrednie ubezpieczenie zbieram razem, „Goście” (odlatujący) skupieni obok czekają, czuć napięcie, wszyscy zdenerwowani czekają, przyleci czy też – nie przyleci. Napięcie rośnie z minuty na minutę. Najlepiej i najpewniej czujemy się razem, stara grupa dywersyjna, sprawdzamy po raz któryś broń, poprawiamy ciążącą amunicję, to poprawia samopoczucie. Gdy inni się denerwują, to mnie uspokaja.

Ktoś musi spokojnie myśleć. Wreszcie, około północy, słychać z daleka, na dużej wysokości, zupełnie inny, nie znany nam warkot nadlatującego samolotu. To chyba oczekiwany gość, ciągnie dokładnie z oczekiwanego kierunku. Do akcji wchodzi za chwilę „Włodek”, odpowiedzialny za przyjęcie samolotu, znający umówione sygnały, kierujący obsługą lądowiska, światłami pozycyjnymi wyznaczającymi ramy lądowiska i kierunek lądowania. Prawie na to nie zwracam uwagi, wpatrzony i „wsłuchany” w nadlatującą maszynę. Do tej pory było idealnie cicho i spokojnie, po chwili wszystko radykalnie się zmienia. Światła na ziemi, zapalają się umówione sygnały – światła pozycyjne – samolotu, następnie on sam zniża gwałtownie swój lot, piekielnie ryczy i zapala wyjątkowo silne reflektory, oświetlające Od prawie 3-ch lat, zajmując się stale działaniami dywersyjno-sabotażowymi, żyjąc w nocy, śpiąc w dzień, jestem przez chwilę zaszokowany tym co się dzieje. O mało nie krzyczę: „Zgaś te zdradliwe – przeklęte światła, ucisz maszynę”. Ale to trwa moment. Pilot orientuje się, że jest za wysoko, gasi światła, podrywa maszynę i odlatuje, zataczając potężny, parokilometrowy łuk. Za chwilę znów to samo, na łące widok jak w dzień. Śmiesznie wyglądają oświetlone sylwetki uciekających z pod maszyny ludzi. Wreszcie siada na ziemi, roluje po łące, zawraca pod wiatr, gasi światła i silniki. Na moment nastaje Ale to tylko na małą chwilę. Otwierają się drzwi, szybko wysiadają przybyli, w drzwiach pojawia się młody człowiek i… po polsku podaje kolejność załadunku: Kurier, poczta i dopiero teraz kolejno „Goście”. Na moment to mnie zastanowiło, ale nie było czasu na rozmyślania.

 

Najpierw, przy odbiorze poczty nadesłanej miałem „wypadek”. Otrzymane małe pakuneczki, przekazywałem dowódcy sekcji dywersyjnej „Kmicicowi”. W pewnym momencie, gdy wkładał rękę do kieszeni spodni, nastąpił stosunkowo słaby wybuch (strzał z dubeltówki), rozerwało mu kawałek kieszeni, trochę ognia i coś jakby prysło w powietrze. „Kmicic” na moment zamarł z przestrachu, zaskoczony wybuchem i trochę przypalony w nogę. Krzyknął, momentalnie wsadził ręce do pełnych kieszeni – wyładowanych takimi pakiecikami i chciał się ich błyskawicznie pozbyć. Stałem obok mając w jednej ręce również takie – chyba ostatnie – pakieciki. Na myśl o tym, że wyrzuci prawdopodobnie bardzo cenną przesyłkę, zareagowałem odruchowo. Colt (10,45 mm) wiszący na piersi przystawiłem do jego piersi i rozkaz „Spokojnie”. Chwilę odczekaliśmy w napięciu, nic więcej nie wybuchło, więc rozkaz „trzymaj ręce z daleka od kieszeni”, zaraz pozbędziemy się tego draństwa. I tak się stało. Wraz z nadesłaną pocztą – przesyłką – walizkami ulokowaliśmy te „wybuchające detale” na wozie, oczywiście z wielką ostrożnością. Tak zabezpieczano szczególnie cenną pocztę przed niepowołanymi amatorami przed gestapo.

Wyładunek i załadunek trwał chyba około 3-5 minut, bo nam się strasznie spieszyło. Chcieliśmy tak długo oczekiwanych „Gości” jak najszybciej się pozbyć. Zaniepokojony spoglądałem na południe, gdzie w odległości około 1,5 kilometra stacjonowało około 100 Niemców, dobrze uzbrojonych z reflektorem i działkami. Wszystko gotowe, trzask zamykanych drzwi i sygnał do odlotu. Zaskakują silniki, potworny ryk, światła, silniki zwiększają maksymalnie obroty, potworny ciąg powietrza z tyłu za samolotem, tył maszyny zaczyna się podnosić i po chwili raptownie gasną światła, milkną silniki. Kompletne zaskoczenie wszystkich. Nastała dla mnie okropna niezrozumiała cisza.

Co się stało? Otwierają się drzwi i polski pilot pan Kazimierz Szrajer, (dużo później poznałem to nazwisko), oznajmia głośno, ku zaskoczeniu wszystkich, że zablokowany hamulec i nie polecą. To zaskoczyło nas wszystkich, bardzo. Zdajemy sobie sprawę z nadchodzącego niebezpieczeństwa. Może nie wszyscy o tym myśleli, ale ci, co byli odpowiedzialni za przesyłkę, którzy mieli zająć się ludźmi, wiedzieli doskonale co ich czeka. Przybyłych zabrał por. Paweł Chwała i musiał ich szybko odwieść przez las, Zaborów do Brzeska do pociągu. To była stosunkowo łatwa sprawa. Ale co zrobić z tymi, którzy zostają, z pocztą, na którą nie zwracaliśmy specjalnej uwagi, a przede wszystkim co z samolotem? Wątpliwości rozwiał pilot, oświadczając beztrosko: SPALIĆ. Przy maszynie miałem sekcję 10 ludzi dobrze uzbrojonych, kilometr przy lesie stał „Jawor” z dobrze uzbrojonym plutonem 36 ludzi, mogłem jeszcze liczyć na 30-50 ludzi możliwie uzbrojonych. Amunicji nie za dużo. Rachunek błyskawiczny, nie damy rady. Trzeba ratować samolot bo zginiemy wszyscy. Ponawiamy próby 2-3 razy, pasażerowie wsiadają i wysiadają, wreszcie zapada decyzja: nie ma ratunku trzeba spalić. W 1939 roku, będąc w szkole – Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy – w Krakowie, przechodziliśmy „pokazówki” w 2-gim pułku lotniczym. Tam pokazano nam piękne karabiny maszynowe i działka jako uzbrojenie chyba „Karasia”. Teraz pomyślałem, że samolot na pewno jest uzbrojony w podobne CKM-y i działka. Trzeba to wymontować, będzie czym walczyć, łatwo nas szwaby nie dostaną. Wchodzę do środka i pytam pilota Szrajera, gdzie ckm-y i działka? Chodźmy je wymontować. Ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu oświadczył, że nic takiego nie ma, on jedynie ma przy sobie rewolwer 7 i nie pełny magazynek. Słabo mi się zrobiło, patrzę pół przytomnie na coś w rodzaju beczki – bardzo duża – pytam co to? Benzyna odpowiada spokojnie. Nie wiem ile tego było, ale chyba najmniej 1000 litrów. To mnie wytrzeźwiło momentalnie, to był moment decydujący. Wiedziałem jedno, muszą odlecieć, nie możemy samolotu spalić.

Chyba do dziś mieszkańcy okolicznych wsi, nie zdają sobie sprawy co im groziło. Potworna eksplozja, nalot Niemców – Gestapo – pacyfikacja, spalone domy, wielu zabitych. Ta okolica już wcześniej źle się zapisała w biurach Gestapo, były wsypy, uciekało około 100 osób z gminy Wietrzychowice, były trupy w ładownikach. Nie pamiętam szczegółów. Według „Brzechwy” St. Wróbel, zwrócił uwagę na zaryte koła i pewien mały postęp, gdy samolot próbował ruszać. Wiem, że byłem wściekły, wiem, że zdając sobie sprawę co mnie i nas czeka, obleciał mnie strach, było mi zimno, chociaż temperatura była chyba +20°C.

Ruszyliśmy do przeklętych kół. Ziemię, darń – kopaliśmy rękami, podobno miał ktoś saperkę. Gdy przestrzeń prawie 1 metra była stopniowo wykopana i ubita, przypomniałem sobie o deskach – gnojnicach – na oczekujących wozach. 

Natychmiast przyniesiono jedną. Podbita pod koła gnojnica sterczała dość wysoko, grożąc zderzeniem ze śmigłem. Moment, złamaliśmy ją na pół, podbijając drugą połowę pod drugie koło. Ponownie załadowano pocztę, ludzi i wszystko co już zostało przedtem wyrzucone z samolotu, gotowego do spalenia, trwało to wszystko teraz sekundy. Do pośpiechu nie trzeba było ludzi namawiać. Załoga samolotu zachowywała się raczej biernie, nie zdawali sobie sprawy z ich położenia i przede wszystkim sytuacji miejscowej ludności. Miały ich bronić Konwencje genewskie, o ludności nie myśleli, a pan Szrajer z radością patrzył w przyszłość, myśląc o ciekawych przygodach partyzanckich w Polsce. Jeszcze jeden start, ryk, światła i koła zaczynają się obracać, toczyć po złamanych, podłożonych gnojnicach. Samolot ruszył i już nie utknął. Samolot z wolna ku naszej szalonej radości, nabierał rozpędu, w końcu oderwał się od ziemi i wreszcie wzbił się w powietrze, odleciał. To była chyba jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu, wówczas. Najważniejsze jest jedno, samolot odleciał, dostarczył do Anglii to o czym załoga „Motyla” nie miała pojęcia, ocaliła wielu ludzi w dalekiej Anglii i… nikt przez to tu u nas w czasie „III Mostu” nie zginął, nie uległ pacyfikacji. Właśnie na to przede wszystkim zwracaliśmy uwagę, to było naszym wówczas bojowym zadaniem i ogromnym zarazem dramatem, gdyby akcja się nie powiodła lub udała się tylko połowicznie.

Po paru godzinach dowiadujemy się, że samolot wylądował w słonecznej Italii. Nic więcej nie trzeba było nam wtedy wiedzieć. Nie pamiętam kiedy wreszcie dowiedzieliśmy się co zawierała przesyłka, że „Oni ocalili Londyn”. W Polsce dużo się mówiło w pewnym okresie czasu na ten temat, w Anglii prawie chyba nic, zgodnie z ich zwyczajem.’’

Zdzisław Baszak, fragment książki ,,Akcja 3-ci most”.

Elżbieta Mirowska-Sobolewska

Koordynator FMS

w powiecie brzezińskim

Zdjęcie po lewo (wyróżnik) autorstwa W. Gąsiewski (13 IV 2013 r.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *